Start arrow Kilometry arrow Chorwacja - 2003
Chorwacja - 2003 PDF  | Drukuj |  Email
Oceny: / 4
KiepskiBardzo dobry 
Wpisał: TheValdi   
13.01.2004.

 

chrw03

 

CHORWACJA 2003
(czyli przewodnik po Chorwacji by TV)

POZNAŃ (PL) – PRAGA (CZ) – LIPNO (CZ)

Niedzielny poranek 10-ego sierpnia – sevenka spakowana, nasmarowana, zatankowana .. nic tylko jechać. Szybko mijamy puste ulice miasta i wylatujemy na Wrocław w stronę Szklarskiej Poręby – tam prawdziwa inwazja motocyklistów powracających z weekendowego zlotu , lewa w górze i tak do granicy. Wymiana złotówek na korony, ostatnie tankowanie w RP i ziuuuuu na czeską stronę.

Bocznymi drogami kierujemy się na stolicę południowych sąsiadów, delektując się łukowatymi asfalcikami i górską zielenią, wreszcie wylatujemy na autostradę i docieramy do Pragi. Jeszcze w domku ustaliliśmy pierwszy nocleg w dzielnicy TROJA, gdzie znajdują się dwa kempingi (jeden obok drugiego). Szczęśliwym trafem docieramy tam bezbłędnie, bez najmniejszej pomyłki jak po sznureczku ;) po białych dużych tablicach informacyjnych kierujących do dzielnicy). Camping nazywa się "Dona" – miłe zaskoczenie - na stosunkowo niewielkim terenie znajduje się świetnie przygotowane zaplecze dla przybywających turystów. Łazienki czyste, wysprzątane, wyposażone w mydło w płynie przy umywalkach, oraz kabinach prysznicowych; ręczniczki, papier toaletowy, wszystko estetyczne i nowoczesne. Kuchnia – zadaszona na zewnątrz , tuż obok toalet, oferuje piecyk, czajnik i mikrofalówkę, są także ręczniczki papierowe, dojście do wody i zlewozmywaka – ciepła/zimna woda .... warunki idealne.

Koszty – studencki (ulgowy) to 290 CZK za 2 osoby motocykl i namiot – w cenie otrzymujemy efektowną kolorową mapkę Starego Miasta, kartkę informacyjną jakimi tramwajami i autobusami, od której do której godziny można dojechać do centrum (i wrócić;). Trzeba przyznać, że wszystko tam jest zapięte na ostatni guzik. - na miejscu można nawet nabyć bilety komunikacji miejskiej. Jest też sklepik – z napojami , lodami, piwem, ciepłe napoje (kawa z ekspresu, czekolada itp. ...)

Rok wcześniej zwiedziliśmy “starą” cześć miasta w związku z czym naszym celem tym razem miały stać się “Śpiewające fontanny” (Krizikova Fontana). Z “Dony” spacerkiem dotarliśmy na miejsce w 20 minut, kupiliśmy ulgowe bilety (130 ĆK sztuka) (po okazaniu kart Euro 26 :P) i udaliśmy się na widowisko.

Pokaz jaki przygotowano był naprawdę wspaniały – do muzyki operowej niczym equalizerowe słupki z basenu z wielu mniejszych i większych rurek wylatywały strumienie wody. Wybuchały jak gejzery, wznosiły się i opadały wodne bicze, podkreślone kolorowymi światłami tworzyły niesamowite widowisko. To trzeba po prostu zobaczyć. W półmroku wróciliśmy na kemping - a tu cisza nocna – 22:00 ...i jak makiem zasiał. Głośno rozmawiających właściciel bezwzględnie uciszał wskazując ręką centrum jako miejsce imprezowania. (Camp specyficzny – istna wieża Babel – obok nas Niemcy, Anglicy, Francuzi). Poniedziałkowy poranek równie pogodny – pakujemy się i jedziemy na południe. Naszym celem jest Lipno koło granicy z Austrią.

Autostradą z Pragi kierujemy się w stronę Czeskich Budiejovic. Generalnie na autostradach w Czechach panują Octavie – jeździ się tu szybko, czasem ile fabryka dała. Nasze ekonomiczne tempo to 130 km/h (6-6,5 L), tak więc często wyprzedzają nas lewym pasem katamarany. Duża szyba w sevence sprawdza się znakomicie chroniąc przed wiatrem. Bliżej C. Budiejowic robi się pusto, dlatego jedzie się bardzo przyjemnie (w dodatku po całkiem niezłym asfalcie).

C. Krumlov mijamy bez zwiedzania, ponieważ to nasza atrakcja na “powrót”.

Lipno to mała miejscowość jedna z wielu przy największym czeskim sztucznym jeziorze, które tu rozciąga się jak okiem sięgnąć. Camp jaki znajdujemy jest tani, ale “zdziczały” – w niczym nie przypomina praskiego standardu – jest brudno – stary budyneczek toalet/umywali pamięta czasy komunizmu – jego wyposażenie również. Całość położona jest na wąskim pasku lasu między jeziorem, a szosą położoną nieco wyżej. Małe zakupy w Lipnie, krótki spacer i spanie – w końcu następnego dnia....

Granica (CZ-A) LINZ (D) - SALZBURG (A) -LUBILJANA (SLO) –OPATIJA/ICIC/ (HR)

Rankiem ruszyliśmy na stacje benzynową i granicę CZ-A. Wjazd do Austrii to jak przejście z korytarza do pięknie umeblowanego pokoju. Łąki jakby uczesane, malowane domki, milki się pasą jak na wakacjach ;) asFalcik kręty, przyczepny. Wjazd do malowanego miasteczka, gdzie kupujemy obowiązkową winietkę – 10 dniowa za 4,5 Euro wystarczy na styk. Ruszamy dalej – Linz – Salzburg (po drodze przed autostradą kieruje nas na Salzburg jeden starszy motonita na enduraku). Droga jest wspaniała – widoki zapierają dech w piersiach – nie czujemy, że to bezduszna autostrada – wokół zielono, dookoła pną się górskie zbocza – jedziemy uradowani otoczeniem. Przed pierwszą bramką z opłatami zjeżdżamy na parking – jest pusto – parking czysty, toaleta schludna. Robimy mały piknik – otwieram kufer i zaraz co jest z kluczykiem – kufer się otworzył, ale kluczyk jakoś dziwnie krótki – nie wiadomo dlaczego złamał się w połowie – na szczęście posiadamy dodatkowy – zdejmuje kufer usuwam złamany kluczyk z zamka i już po awarii. Bramki – czynne są dwie - ruch stosunkowo niewielki cena przejazdu bajeczną trasą to 7,5 Euro ...dalej tunele – jadę takimi pierwszy raz, więc jest to ciekawe doświadczenie – ograniczenie do 100 km/h długość nawet po 8 km. Kolejna branka to 3,6 Euro na terenie Austrii to już ostatnia.

Nasz szlak prowadzi do Lubiljany – granice z Słowenią mijamy szybko – by za moment znów trafić na bramki autostrady – na trasie do przejścia granicznego z Chorwacją jest ich parę. Zaleta jest możliwość płacenia w Euro – 0,8 Euro, 2 Euro – reszta wydawana jest po części w słoweńskiej walucie lub w Euro zależnie od kaprysu “bramkarza” niestety skończyły nam się drobne, więc rozmieniamy 20 Euro – dostajemy w zamian troszkę “makulatury” – i 10 Euro reszty – .. niestety kolejna bramka to jak się okazało ostatnia – z Euro dostajemy resztę w Euro. Zjazd z autostrady w stronę granicy SLO-HR po drodze tankowanie – niestety Visa Electron PKO BP nie popisuje się i ratuje nas Visa Classic z WBK. Granica minięta bez pokazywania paszportów – celnicy machają “nie tamować jechać” ;P. JESTEŚMY w CHORWACJI !!!.

Zaczyna się ruch – sporo karawaniastych samochodów, kręta wąska droga, ciąć się za bardzo nie da, ale do Opatiji, gdzie mamy dojechać jest blisko – dojazd nad morze – jest cudownie, góry zielone, błękitne morze, piękne czyste bezchmurne niebo – wjazd do miasteczka, mijamy tłumy ludzi – Opatija to generalnie miasteczko – kurort. Przystanie jachtów jedna , druga, hotele, kasyno, pasaże, pełno skuterów, motocykli – zaraz ONI NIE MAJĄ NA GŁOWACH KASKÓW ichaaaa !!! Na zboczu wypatrujemy kemping (RIVIJERA)– jest duży- troszkę dziwnie się do niego dojeżdża, ale dajemy rade. Rejestrujemy się w recepcji – tu trzeba zostawić paszporty (tak jest wszędzie – na czas pobytu zostawia się paszporty). Szukamy miejsca, jednak już jesteśmy zmęczeni i rozbijamy się na pierwszym wolnym miejscu. Coś jednak nam się nie podoba – ziemia sucha, czerwona , wokół same wozy kempingowe i jakaś muzyka disco – szukamy innego miejsca – i oto jest !! Ładne, pod drzewem – widać morze ! przenosimy wyciągnięte już klamoty – i oto kolejna niespodzianka – z namiotu z naprzeciwka podchodzi kobieta i ... zaczyna mówić po Polsku ;P mało tego przychodzi z propozycją skosztowania świeżo przygotowanej kolacji “węgierskie leczo paprykowe” – oczywiście przyjmujemy propozycję z przyjemnością – przepyszna kolacja, kubeczek wina – miło i miło (jak mawia Ace) ;) bardzo sympatyczni ludzie – na co dzień mieszkająca na Węgrzech Polka p.Zenona i jej mąż Węgier, byli również znajomi naszych gospodarzy – małżeństwo z Polski). Dostajemy parę ciekawych wskazówek dotyczących Istrii – na pewno z nich skorzystamy. (Podziękowania za kolacje i pozdrowienia dla p.Zenony i jej męża). Posileni idziemy się umyć – toalet jest tu kilka (2-3 budynki). Prysznice – zdezelowane, brak w nich okien (wyciągnięte), toalety niby wyczyszczone, ale brak papieru. Ogólnie ze względu na tłumy ludzi raczej mało dbających o te przybytki ogólnie jest “syf”.

Opatija – wieczór jest ciepły , nad morzem wspaniałą widokową aleją udajemy się do centrum – wyżej “pnącą się” jezdnią jest to praktycznie niemożliwe – chodnik ma 0,5 metra szerokości – w dodatku jest zastawiony samochodami – jeden przy drugim, mysz by się nie przecisnęła – wokół same hotele, kasyna, na naszej drodze mijamy jachtową przystań – łodzie “Caringtonów” niczym z filmów amerykańskich . Centrum – tętni życiem siadamy w nadmorskim ogródku – zamawiamy piwko “Chorwackie” – ku uciesze kelnera – wypada na Ozujsko-je – 35 Kuna (21 zł za dwa) no cóż, ale za to ten widok – nabrzeże w oddali świeci zielono – białymi lampkami – są ich setki – wygląda to bajecznie – oświetlony półwysep – pewnie to zbocza Rijeki. W centrum wypłacamy pieniążki z bankomatu – nie ma najmniejszego problemu z Visą electron, co nas bardzo cieszy –bo to nasze główne źródło finansowania. Wracamy do namiotu – mała pomidorówka na camp-gaz maszynce i spanko. Chorwacja już nam się podoba ..chociaż wiemy, że to dopiero początek ...

ISTRIA – Opatija - / PULA / Premantura

Z Opatiji lecimy magistralą wzdłuż morza na PULE – droga jest wspaniała to zdecydowanie najlepszy odcinek widokowy jaki udało się nam zobaczyć i przejechać – mijamy dziesiątki winkielków – motocykl mocno obciążony dobrze trzyma się asfaltu (tylna oponka parę razy dopina maxa :P ichaaaaaaaaaaaa) – wycinamy w dogodnych miejscach ciągnące się katamarany – czasem przejeżdżamy przez małe miasteczka, cały czas ciągnąc się wzdłuż morza na górującym nad nim asfaltowym szlakiem. Pogoda , krajobrazy wszystko jest IDEALNE – w chwili obecnej żałuje, że rozkochany w tym pędzie nie stanąłem choć na moment, by sfotografować to co mieliśmy okazję oglądać. Droga dobra -praktycznie bez dziur – jednak czym bliżej PULI, (aż wreszcie na samym zjeździe z magistrali, gdy oddalamy się od morza)– zaczynają się zakręty ze zdartą nawierzchnia – na szczęście poprzedza te miejsca znak ostrzegawczy. Do jazdy na motocyklu miejsca te są bardzo nieprzyjemne – małe rowki prowadzą oponę swoim torem, powodując “zamieszanie” w prowadzeniu.

Docieramy do Puli – to największe miasteczko w tym rejonie jednak przemykamy przez nie obwodnicą na Premanturę. Z Puli do Premantury jest kawałek 10-15 km (?) Najgorszy jest wyjazd z miasta – światła, kierują ruchem - policjant i jacyś “adepci” w mundurkach, ale można się przepychać razem ze stadami skuterów. Przez Premanturę dojeżdża się na największy w okolicy kemping – agencji Arena Turist.

Kemping jest rozległy – zajmuje całą “końcówkę” półwyspu – ma własny market, oczywiście parę toaletowych budynków, restauracje, kioski, place zabaw i dużą plażę. Całość podzielona jest na różne sektory , część jest w lesie, część na malutkim półwyspie (tam właściwie same karawany lub kempingowe przyczepy). Zasady rejestracji są takie – zostawia się pojazd na parkingu przed kempingiem, idzie do rejestracji tam dwa okienka – jedno dla przyjeżdżających, drugie dla wyjeżdżających. Zostawia się paszporty i udaje na szukanie miejsca – na całym terenie pełno jest słupków betonowych z metalowymi tablicami przy których należy się umiejscowić. Niestety mylimy zasady i nasze upatrzone miejsce zajmuje czeska parka, która wcześniej odebrała numer przy którym zaczynaliśmy rozbijać namiot wrrr... przenosimy się kilka metrów dalej tuż obok przesympatycznej parki bawaryjczyków, którzy przyjechali na BMW 1100 GS. Znajduje numer i kończę rejestrację. – dostajemy tabliczkę na namiot i na motocykl. BMW niestety padł akumulator, na szczęście na kopniaka udało się je odpalić i nasi sąsiedzi wyruszają po nowy o własnych siłach. Rozbijamy się, doświadczenia sąsiadów natchnęło mnie na kontrole sevenki . Olej – rewelacja , wygląda jakby nawet kropelka nie wyparowała – ehh te hondy ;) sprawdzam klocki .... klocki ... klocki – o *****, gdzie są KLOCKI ! Oglądane w Poznaniu miały jeszcze pewien zakres do wyjechania, generalnie jednak wiedziałem, że ich los jak i łańcucha po przyjeździe jest policzony, ale że nie starczą :?. Piękne zakrętaski, jazda miedzy autkami, to wszystko jednak wymagało pewnych dohamowań ... mocno obciążonego motocykla :) Cóż szkoda wspaniałych tras przed nami na to, żeby się denerwować, więc trzeba je będzie wymienić .. nauczka na przyszłość.

Tego dnia zaklimatyzowaliśmy się na campie – pozwiedzaliśmy jego zakątki, odwiedziliśmy morze – przyszedł czas by zanurzyć się w Adriatyku ! Upał, straszny upał – a my w czyściutkiej przeźroczystej wodzie morskiej – baaardzo słonej. Mankament – dojście do wody to tragedia – wszędzie kamienie, zaczynają się na plaży – to same skałki lub kawałki skałek – wejście do wody naprawdę wymaga skupienia i uwagi – żeby się nie poodzierać, wywrócić itp. Udaje się – woda jest ciepła , nawet specjalnie nie chłodzi – pływamy, pod nami widać dno – wspaniałe uczucie. Odpoczynek na plaży i czas na obiadek – kończymy nasze zapasy – jak dobrze mieć palniczek i camp-gaz – jednak wielokrotnie już z niego korzystaliśmy niebawem trzeba będzie rozejrzeć się za nabojem ....

Market – przypomina typowy SAM – ceny no cóż piwo w puszcze i butelce z kaucją około 8 Kuna (1Kuna= 0,56 zł) woda, którą kupuje i pije się często jest po 6 Kuna, makaron spaghetti 7 Kuna, sos włoski do tego 12-18 Kuna. Zupki w proszku Podravka i Maggi – za około 10-16 Kuna szt. Restauracja – pizza 35 Kuna (około 21zł) podobnie spaghetti.

Pula – wyruszyliśmy do Koloseum – jest duże, ale nie robi na nas specjalnie wielkiego wrażenia – nie kupujemy biletów bo obchodząc wszystko dookoła dobrze widać i z tego co się zorientowaliśmy podobnie robią inni przyjezdni. – duża budowla ot co ;). Port – stoi tu troszkę stateczków wycieczkowych jakiś jeden / dwa większe, a na ulicach – wszędzie skutery – cała plaga , motocykle BMW GS i Hornety , jakaś VFR , a ruch - straszne korki. Upał – rezygnujemy z kasków i kurtek (już dawno wiszą na motocyklu.) Odwiedzamy salon Hondy – mieszany autka/motocykle (tylko ze znaczka -skrzydełko) proponują mi klocki za ... tydzień – dziękuję “do widzenia”. W porcie widziałem salon Suzuki i tam jedziemy. Młody człowiek obdzwania znajomych, niestety nie udaje się – na moja prośbę dzwoni do informacji i zdobywa namiary na salon firmowy . Zwiedzamy miasto i wracamy na camp. Robimy obiad i pieszo idziemy do Premantura – to tylko kawałeczek – parę zakrętów – w centrum lodziarnie, kafejki, ciekawa wieża widokowa, i przy wylocie fontanna – fajne miejsce (niestety bez bankomatu) – widok w oddali na morze i osiedle domków, my tymczasem wprowadzamy chaos do tego cichego miejsca tocząc wojnę w fontannie :0 .

Recepcja – pomaga skontaktować się nam ze sklepem motocyklowym – decydujemy się zamówić klocki – mają dotrzeć w ciągu 2 dni – to o dzień dłużej niż planowaliśmy zostać, ale przecież trudno się nudzić w takim miejscu. Następny dzień objeżdżamy małe miasteczka – Modlin, Pura (o ile nie przekręciłem nazw:) pierwsze raczy nas wspaniałym zabytkowym kościółkiem – tradycyjnie zapominamy o fotografowaniu, snujemy się po okolicy, odwiedzamy bankomat, – polecam wziąć z domu klapki bez tego wchodzenie do morza to ....koszmar.

Wieczorkiem piwkowanie ;P generalnie chorwackie piwko mogłoby być tańsze, ale w smaku jest całkiem, całkiem – Karlovackie to nasze nowe odkrycie. Powietrze ciężkie od upału musiało kiedyś eksplodować – wieczorem przychodzi burza – ale jaka – nasz namiot kładzie się płasko do ziemi – wyładowania są potężne, tuż obok nas, naprawdę mały hardcorowo. Czas upływa jak przez ręce – a klocki nie docierają na czas – trudno jedziemy dalej tył jest sprawny, przód odtąd postanawiam eksploatować delikatniej. Przy tempie jakim poruszają się pojazdy na Istrii to nie było trudne (60-80 km/h) umawiamy się na powrót za dwa dni po odbiór paczki, bo przecież w niedziele i tak nic nie dotrze.

ROVINJ

Zgodnie z radami spotkanych pierwszego dnia Polaków jedziemy do oddalonej o jakieś 70 km/h Rovinji – miasteczka kiedyś należącego do Włoch (?). Trasa jest krótka i przyjemna, generalnie blisko, jedziemy w wolnym tempie przy dobrej pogodzie – krótkie spodenki ...żyć nie umierać. Docieramy oczywiście bez problemu – robimy przelot przez centrum – ładny port, ale nie tędy droga, zataczamy koło i lecimy w prawo ... trafimy chwile później na kemping (Porton Biondi) i tu doznaje szoku! Widok znów zadziwiający – widać stąd miasto leżące na miniaturowym półwyspie – górce. Dookoła ciasno kłębią się kamieniczki – i kończą nad samym morzem – na szczycie kościół w św. Eufemii. To trzeba zobaczyć na żywo !!! Recepcja – koszt pobytu to około 260 Kuna (2 dni) – około 85 zł (poprzednio również tyle) – zasady generalnie podobne – zostawia się paszporty, tym razem jednak przez krótkofalówkę wezwany jest na chorwackim “ogarze” pracownik kempingu , który prowadzi na wytyczone dla nas miejsce.

Jest super – kemping na górce, tuż przy łazienkach (to naprawdę komfort) obok innych namiotów, przy których stoją motocykle. Widok na morze i jakąś wysepkę – super trafiliśmy – schodzę dokończyć rejestrację – dostajemy numer na namiot i przepustkę na noc. Rozkładamy namiot, po drugiej stronie plaża, restauracja, mini market – rewelacja to miejsce podoba nam się jak na razie najbardziej z objechanych kempingów.

Wypad po zimne napoje, coś na ząb, w Permanturze udało nam się kupić camp-gaz, więc nadal możemy tanio się stołować “w domu” i delektować kawusią co najmniej dwa razy dziennie ;P. Tradycyjnie prysznic, toaleta i ruszamy na podbój okolicy. Idąc wzdłóż brzegu w stronę centrum trafiamy na fajna knajpkę nad samym morzem – ceny przystępne, piwko po 12 Kuna – zimne - mniam – zrozumie każdy tą radość smażąc się na słońcu w temperaturach pewnie bliskich 40 C.

Do wieczora się byczymy, czekając jednak na dzień kolejny, kiedy to mieliśmy udać się na malowniczy półwysep.

Rankiem zostawiamy zapiety namiocik, załączony alarm i idziemy na wycieczkę. Okazuje się, że nie jest to wcale daleko – mijamy “naszą” knajpkę, jeszcze most i jesteśmy w porcie, ciasne uliczki, które prowadzą nas do deptaku z sklepikami, wąskie przejścia, praktycznie okna przeciwnych domów “szturchają się” okiennicami, widok jak z starego włoskiego filmu, kamienny bruk, kolorowe kamienice”, a tuż za nimi jakby się wszystko nagle kończyło – pionowy spad wprost do morza. Plączemy się miedzy uliczkami i w końcu trafiamy na taras kościółka – jest tu trochę turystów- wewnątrz msza, na zewnątrz widok na wysepki, przyjemny chłodny wiatr. W oddali motorówki, skutery , para lotnie, i jachty całkiem sporych gabarytów ... to trzeba zobaczyć. Nam kończy się film, rezerwa w namiocie (sic!).

Powoli wracamy – na targowisku udaje nam się kupić sandałki dla Ali - 60 Kuna – fajne łaziki ;P przydadzą się do kąpieli w morzu. Mijamy markety – wino można tu kupić już od 12 Kuna, od litrowych butelek po całe plastykowe baniaki !. Po drodze obiad w knajpce – pizza Calzone – mniamuśna do tego Ozuskoje, a wszystko pod zacienionym parasolką stolikiem – czas na słanie sms-ów do znajomych i rodziny.

Pole namiotowe- przybyli w miejsce wyjeżdżających Włochów “nowi goście” Intruderem – przywitaliśmy się ładnie i już po chwili przyszli nam z pomocą, użyczając nam z własnej inicjatywy sznurek na pranie – milutko.

Plażowanie – zejście do wody ułatwiają tu drabinki – prosto z skały na głębinę (...no może 2 metrową;), rankiem z żalem opuszczamy to miejsce – naprawdę warto tu przyjechać.

RIJEKA – KRK

Z prawdziwym żalem opuszczaliśmy rankiem Rovinj – nasz cel to ponownie Premantura, tam okazuje się jednak, że przyjechaliśmy niepotrzebnie – paczka z klockami nie dotarła. Kontynuujemy podróż, po drodze zahaczając o Rijekę, (salon Hondy). Podróż trwała krótko – wjechaliśmy na autostradę, po drodze płatna bramka (autostrada). W Rijece niesamowity upał, strasznie pobłądziliśmy po mieście – obwodnice z krótkimi tunelami – miasto rozłożone na stoku, ... błądzimy chyba z godzinę – leje się z nas, upał nie do zniesienia, żadnego wiatru ... w końcu udaje się – duży salon Hondy, a z boku mały sklepik. Niestety okazuje się, że klocki chociaż popularne (ze względu na kompatybilność z Hornetem) – skończyły się. Jednak czego się nie robi dla “Innostrańca” Sympatyczny młody człowiek ubrany w wyszywana klubową kamizelkę chwyta za telefon i załatwia rozwiązanie, - klocki sprzeda nam serwis – niestety dotrzeć tam podobno trudno dlatego – szefowa zezwala pracownikowi na opuszczenie sklepu i jedziemy dwoma sprzętami do serwisu. Kręte drogi, boczne uliczki – misja faktycznie dla nas nie do zrealizowania. Zapomniałbym - może troszkę o sprzęcie Chorwata – Kawasaki street fighter – ale Street rodem z gazet – tylni wahacz od Hondy, – silnik, bak od kawy – laczek szeroki (zarżnięty do materiału) – przy podjeździe pod górę (trasa do serwisu) – mały pokaz mocy kawy – palenie wała w czasie jazdy – o ***** – niezłe widowisko, już wiedziałem dlaczego właściciel / konstruktor nie zamieniłby swojego dzieciątka ;) na inny sprzęt. W serwisie załatwiamy klocki – znają tu Poznań – jeden z mechaników odwiedził nasz Tor – serwis jest mały – zwyczajnie wyposażony, ale za to klimatyzowany – wielka ulga ;P. Klocki niestety wyłącznie oryginalne Hondowskie- cena z wymiana około 500 zł - ***** no cóż ...

Nasz gospodarz z sklepu Hondy odpowadza nas jeszcze do wylotu z miasta – żegnamy się i ruszamy na Krk –szczęśliwi, że znów możemy troszkę poszarżowac dzięki nowemu nabytkowi. Wjazd na wyspę – duży most łączy wyspę z lądem – wita nas tradycyjnie płatna bamka (15 Kuna). Naszym celem jest miasto o identycznej nazwie – Krk. Docieramy tam bez problemu – drogi niestety czym dalej w wyspę tym gorsze. Miasto jest niewielkie – do centrum przejeżdża się przez małe rondo – tam za pierwszym drogwskazem kierujemy się na kemping – jednak nie spełnia naszych wymogów – położony wysoko z dala od morza, za to z góry wypatrujemy pięknie położony inny (nieco za miastem) i tam jedziemy. Trafić tam bardzo łatwo jednak na miejscu jakoś dziwnie – pusto dookoła – takie wyalienowane miejsce, podejrzenie wzbudza pierwsza rodzinka, która jak Bóg ją stworzył przemyka kilka metrów od nas ... przyzwyczajeni do toplesów ;P z plaż niezwracamy na to większej uwagi – idę do recepcji , gdzie okazuje się, że ... to kemping nudystów ;) ... Alicja tylko kiwnęła na mnie i już wracaliśmy do centrum ... Tuż obok mijanego ronda jest duży camp Jezevac przylegający do morza (dugi zjazd z ronda). Camp duży, ale ludzi napchane już ponad stan – chyba cudem znajdujemy ciekawe miejsce z cieniem. Camp typowy – market, restauracja, barek – możliwość wynajęcia lodówek, podłączenia prądu itd. Rozpakowywujemy się – zaliczamy toaletę i ruszamy na miasto – robi się późno, a my przecież nic jeszcze tego dnia nie jedliśmy !. Mijamy po drodze niewielki port, wzdłóż niego stragany z ciuszkami i pamiątkami, jakimiś watami cukrowymi itp. Równolegle do tego “jarmarku” pasaże, sklepy , bankomaty - wzdłóż głownej ulicy. Mijamy wszystko by dotrzeć do sieci restauracyjek – niestety kolejki jakie ciągną się na tarasy restauracyjne skutecznie nas odstraszaja – ruszamy do cetrum – zbliżone do Roviji wąskie uliczki, zameczek – wszystko ładene i .. pełne turystów . Wewnątrz tego labiryntu znajdujemy pizzerie – przez nagrzane pomieszczenia lokalu dostajemy się na taras – znajduje się między budynkami – może nie ma widoku na morze, ale jest przyjemnie i stosunkowo pusto. Zamawiamy pizze JUMBO (MEGA pizza dla dwojga) ... faktycznie kelner przynosi talerz wielkości stolu do tego sztućcce – cały wieczór umierałem z przejedzenia ... moja wina , moja wina moja bardzo ... (mniam).

Rankiem z pierwszym słonkiem ruszamy na plaże – jest pusto – plaża – ładnie przygotowana (choć tradycyjnie kamienista) – po kompieli można skorzystać z pryszniców stojących obok – celem spłukania słonej wody.

Udajemy się do marketu – małe zakupy , obok stoisko piekarni (gorący chleb za 6 Kuna), warzywniak ze świeżutkimi – warzywami, owocami. Po śniadaniu wyjazd – kierunek – Plitvickie Jeziora – nasza ostatnia stacja w Chorwacji.

PLITVICKIE JEZIORA (Plitvicka jezera)

Z słonecznego rejonu nadmorskiego, pokierowaliśmy się w strone Zagrebu – stolicy – droga prowadziła przez góry przypominajace miejscami nasze Karkonosze. Początkowo piękna asfaltowa trasa zamieniła się po kilkudziesieciu kilometrach w polepioną z łat drogę III kategorii – klimat zdecydowanie uległ ochłodzeniu, do tego nadciągnęła burza – ciemne chmury wygladały koszmarnie – na nasze szczęście zalały wodą okolicę jeszcze przed naszym przyjazdem. Droga z łaciatej zamieniła się w dziurawo-płytową, w końcu znów w asfaltową, ale o dużym nasileniu ruchu – camp-cary , tiry , autokary pełen mix. Minęliśmy parking dla zwiedzających park i pognaliśmy w stronę dobrze rozreklamowanego na tablicach informacyjnych kempingu.

Kemping Korona – alejki na pagórkowatym terenie – tradycyjnie market, restauracja, dodatkowo punkt informacyjny (nawet dostaliśmy ulotkę w języku polskim o Plitwickich jeziorach). Nieusiedzieliśmy długo na miejscu – postanowiliśmy zobaczyć przedsmaczek parku, o którym tyle można wyczytać w przewodnikach. Motocykl na parking (nie chroniony) i w drogę – szybko zrzedły nam miny – kiedy okazało się , że od parkingu trzeba jeszcze ładny kawałek przejść pieszo do ...kas biletowych ( cena za 1 bilet dla osoby dorosłej 110 Kuna a dla posiadaczy Euro 26 – 55 Kuna – mniammmmm ;P ) Zeszliśmy do przystani promów – było już pusto, jednak pierwsze wrażenie było oszałamiajace – przed nami jezioro – czyste jak łza, wokół pomostu stada ryb – nie jakiś tam centymetrowych macro okazów – prawdziwe sztuki ... ehh wędkarze chyba umieraja w tym miejscu na zawał (obowiązuje bezwzględny zakaz połowu). Wróciliśmy na parking, do kepingu i przyszedł czas na spanko.

Zgodnie z planem wstaliśmy wcześnie rano – pozostazwiając wszystkie rzeczy na campie udaliśmy się sevenką ponownie do Parku – (około 10 km ). Tym razem jednak zaparkowaliśmy motocykl przy hotelu (znajduje się tam bankomat jedyny w okolicy !) stąd było zdecydowanie bliżej do kas. Kupiliśmy bilety i udaliśmy się na prom.

Bilety – (patrz skan) zawierają mapke terenu i są potrzebne do poruszania się promami i “kolejką mercedesa” (w rzeczywistości sprawdzane są jedynie w jednym miejscu).

MAPA PARKU

Obraliśmy trase z P1 do P2 (to przeprawa promowa na początek trasy) stamtąd drewnianymi ścieżkami ruszyliśmy w stronę przystanku kolejki (S3 –patrz mapka). Ku naszym oczą ukazywały się przecudne wodospady, jeziora pełne ryb, ale to co najbardziej urzekało to czysta woda o kolorze turkusowym ! – niesamowity widok, do tego kłebiące się przy brzegu ryby.

Trasy - są przygotowane znakomicie, podróżowanie po nich nie sprawia żadnego problemu, ponadto jest sporo oznaczeń, drewnianych kładek, całych drewnianych odcinków (pomosty). Przewidywane na informacyjnych tablicach czasy przejścia są zdecydowanie naciągane – na trase, którą przeszliśmy przewidywano 3-4 h ... my w 1h się zmieściliśmy – na S3 zjedlismy sniadanko (kiełbaski z sosem pomidorowym (?– nawet ciekawy smak) i dalej kolejką (ciężarówka Mecedesa z wagonikami) pojechaliśmy przez miejsce startu na sam koniec do S1. Samochód po krętych asfaltach mknął faktycznie jak mała kolejka ;P Z S1 zeszliśmy do P3 - - tam już było tłoczno – promy przypływają co 15 minut – jednak zainteresowanie jest duże – gdyż jest to najdłuższa trasa do przepłyniecia. Warto czekać – stateczek po turkusowej wodzie płynie wolno kołysząc, oczy aż zamykają się do błogiego snu ... P2 – przesiadkja do P1 i już w sporym upale wracamy na kemping.

Na wycieczkę po parku polecam ubrać się lekko, marszowo jak na wypad w typowe górskie szlaki – po drodze mijaliśmy ludzi z wózkami dzieciecymi, kobietę w szpilkach (jak szybko przyszłą tak szybko zawróciła) ... to chyba nie najlepszy pomysł na poruszanie się po tym zakątku.

Pożegnaliśmy kemping i przyszedł czas było gnać dalej – to była ostatnia atrakcja w Chorwacji ...czas na powrót.

Mijając Zagreb lecieliśmy na Maribor, granicę minęliśmy gładko, jednak pojawił się nowym problem – rozciągnięty łańcuch mocno dawał znać o sobie – ale cóż trzeba jechać. Odcinek granica - Maribor to istny koszmar – zwykła droga, mocno zatłoczona, do tego jakiś objazd – mamy spore opóznienie, po drodze jeden postój na korekte łańcucha, tankowanie ( lekkie pzesuniuęcie koła daje poprawę i już tak nie skrzypi ... przynajmniej na chwilę) Docieramy do Austrii, dalej trasa na Linz. Przyszedł czas na tankowanie jednak oprócz zjazdów z autostrady nie widać ani jednej stacji .... 270 km przejechane, jakieś tunele ... w końcu jest informacyjna tablica ... 10 .... 5 ... i ... widać coś po drugiej stronie – decyduje się mimo nie doczytania informacji na zjazd z autostrady – ufff co za *****s – asfalcik prowadzi na drugą stronę autostrady do znajdujacego się tam OMV (stacja benzynowa austriackiego koncernu) Tankowanie, mała czekoladowo-ciastkowa kolacja ( a raczej podwieczorek) i wracamy na trasę . Mijamy płatna bramkę. Jest już koło 23 – oczy zaczynają się kleić – czas na przerwę. Motocykl zaparkowałem w samym rogu parkingu przy stoliku z ławeczkami. Oprócz Busa i Tira pusto . Miejsce – wymarzone na nocleg – ławki, stół, wszystko z jednej strony zatarasowane krzakami – z dala od jezdnii, tylko niestety zapach toaletowy przylatywał wraz z większymi podmuchami wiatru, ale mus to mus – tym razem spakowaliśmy wszystko tak , że mieliśmy dostep do kuchenki gazowej i śpiworków od razu bez najmniejszego szukania. Herbatka na rogrzewkę, i zupka na kolację – mniam ... co za luksus. Samochody zmieniały się i ruch zrobił się duży – rozłożyliśmy śpiworki i ..półdrzemką z kontrolnymi przebudzeniami wytrwaliśmy tak do 4-tej – mała kawka i wracamy na autostradę, robi się widno ...powoli ..powoli , w Linz dopada nas burza – mijamy ją i zatrzymujemy się na małe “wydrzymanie” na parkingu, wypogadza się, wstaje z za wzgórza piękne słońce – tankujemy, i już za chwileczke jesteśmy na granicy ..wolno wraz z sznurem pojazdów telepiemy się ... aż przed sama granica finiszujemy jako pierwsi – czuje jak kask Alicji obija się delikatnie o ochraniacz na plecach ... ciiiiiiiiii..... zasnęła ;P.

Granica, wymiana Euro na CZK i ... dałem plamę nie zostawiając na wierzchu mapy Czech. Troszkę błądzimy – w końcu trafiamy do Autocampu v Olsinach (www.atcolsina.unas.cz) – kemping, który odwiedziłem będąc pare lat temu w tych rejonach . Pozmieniało się – recepcja , szlaban na kartę – (kaucja za kartę – 500 CZK) ... zmęczeni drogą i niedospaniem nocy na parkingu – w expresowym tempie rozkłądamy namiot i już śpimy ... rano szukam kluczykow w namiocie ..tym czasem cały czas tkwią w stacyjce:P

Wszędzie pusto – jezioro okupują wędkarze z rodzinami , ale koniec sezonu wisi w powietrzu. Okolica gości nas dwie noce , w między czasie zwiedzamy Cesky Krumlov – z pięknym starym miastem i wspaniałym zamkiem górójącym nad resztą budynków.

Zamek wart odwiedzenia – oferuje dwie trasy turstyczne obstawiane przez przewodników. Po czesku można dużo zrozumieć, (resztę się domyślić;)

Powrót do domu – dobrą decyzją było wybranie trasy powrotnej z ominięciem Pragi – po drogach krajowych (zamiast autostradach) – podróżuje się dobrze, nie ma już tylu świrów w Oktaviach, widoczki ładniejsze, a nawierzchnia zadawalająca. Denerwują czasami oznaczenia – małe tabliczki kierunkowe w dodatku często prowadzące turystów po całym miasteczku taką drogą, ze człowiek zaczyna się zstanawiać, czy coś nie pomylił.

Kudowa Zdrój – wreszcie w domu, znów zmiana waluty, jakoś znajomo, szczególnie od granicy – zatrzymujemy się w urokliwym pensjonacie i oddajemy się roskoszą posiadania wanny, spożywania zakupionego wcześniej czeskiego piwka i ... wygodzie posiadania takich prostych elementów wyposażneia jak łóżko, czy czajnik ;P

Ranek to już szybki wyjazd- Wrocław ... busy które dwu ktrotnie o mały włos nie kasują nas – kurde znów ta PL rzeczywistość .. co za ludzie ...ehh szkoda gadać. Zimno, jesień widac nadciaga dużymi krokami ... a my ... możemy tylko przygotowywać się do następnej wyprawy bo aż strach pomyśleć jak wytrzymamy przez zimę.


Podziękowania :-)

Pani Zenony Kassai (z mężem oczywiście)

Rimoto Honda – Kozala 89 Rijeka

Ali za całokształt :-) a szczególnie za przetrwanie zimnej nocy na parkingu w Austrii :-)


Do następnego opisu ... “a Irlandia podobno jest taka zielona jak włosy syreny o świcie ...” :P










TheValdi

Liczba komentarzy (1) - Dodaj swój komentarz...

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »






komentarze

Kapitalna wyprawa...Eh tylko pozazdrościć:)Wobec tego kilka pytań- o jakim czasie byliście tam? chodzi mi o porę roku, a nawet datowo jak Wam to wyszło? No i przede wszystkim kasowo- ile mniej więcej pieniążków?Ekwipunek- namioty i kuchenkę polówkę warto zabierać?Na ile motorków byliście? i jakimi sprzęcikami? Trochę dużo tego, ale mam apetyt na tę trasę, a nie wiem czy nie pcham się z motyką na słońce haha:) Pozdrawiam

Napisał Alicja, dzień 03/25/2010 o 06:39

 1 
Strona 1 z 1 ( 1 komentarze )
©2006 MosCom

Aby dodać komentarz musisz się zalogować.
Valid XHTML & CSS - Theme by ah-68 - Copyright © 2003-2008 by Motocyklisci.Net

...