| Łowicki dżem na Marmoladzie | | Drukuj | |
| Wpisał: Atomek i [koVal] | |
| 05.08.2009. | |
|
Czułem się trochę dziwnie, bo to miała być pierwsza wyprawa, na którą zabierałem oba moje motocykle. Na ten wyjazd umawialiśmy się od z górą miesiąca, mało precyzyjnie, bo było sporo pracy do skończenia. Jeszcze w niedzielę poprzedzającą wyjazdowy tydzień dzwoniłem do koVala z zapewnieniem, że nawet jeśli nie uda mi się skończyć roboty na czas, to dojadę do niego we wtorek. Na szczęście od obowiązków uwolniłem się w poniedziałek po południu, i niewiele się zastanawiając, spakowałem worek louisa, zamocowałem prowizoryczny stelaż do mojej Hondy XL600R i o 21. z minutami ruszyłem z kopyta w stronę Tatr. KoVal jechał już od wczesnego popołudnia spod Łowicza. Świeżo wyremontowana koza gnała spokojnie ponad setką po nocnej zakopiance, było sucho i ciepło. Po drodze zadzwoniłem do znajomego pensjonatu w Zdziarze na Słowacji i zapowiedziałem nasze przybycie. KoVala dogoniłem już po słowackiej stronie, kilka kilometrów za Łysą Polaną. [Atomek na granicy zrobił sobie postój, gdy przemknąlem obok niego rzucił się w pogoń. Troche czasu gonitwa mu zajeła, miał tak wysoko ustawione światło że myślałem ze jedzie za mna jakieś auto.] To przyjemne uczucie spotkać na drodze kumpla. KoVal dosiadał BMW R1100GS, którą nabył ode mnie tydzień wcześniej. Pod „Plesnivec” podjechaliśmy dobrze po 23. Położyliśmy się do snu o suchych gębach, bo żadnemu z nas nie wpadło do łba, żeby spakować coś do picia. A przed zaśnięciem odkryłem, że zabrałem ze sobą nieaktualny dowód rejestracyjny, motocykl nie miał OC i badań technicznych. Zaczęło się super.
Dzień drugi – z Tatr do Wachau.
O siódmej wystrzeliłem do Zakopca. Na pierwszy ogień poszło wykupienie OC, co nie było zupełnie łatwym zadaniem, bo nie miałem jednego papierka, ale się udało. Potem wymieniłem spaloną żarówkę i pojechałem do stacji diagnostycznej, gdzie mechanik nawet nie spojrzał na motocykl, tylko wypisał odpowiedni dokument i zainkasował 60 pln. Pozostał przeterminowany dowód, ale po właściwy musiałbym skoczyć do Krakowa, na co nie było czasu. Poprułem do koVala, który już chyba się obudził i zjadł śniadanie. [Oczywiście, że zjadłem i spokojnie oczekiwałem, mimo że zajęło mu to ze 3h] Celem dnia był mój ulubiony kameralny camping w Rosatz nad Dunajem, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Wiednia. Rozciąga się tam piękna dolina Wachau, słynąca m.in. z wina i moreli. Wachau jest weekendowym miejscem wypoczynku Wiedeńczyków, dlatego najlepiej odwiedzać go w dni robocze. Atrakcją jest droga widokowa łącząca Krems i Melk, biegnąca nad samym brzegiem Dunaju, z klimatycznymi wioseczkami i stromymi zboczami pokrytymi winoroślą. Pomiędzy brzegami pływają nieliczne promy, w tym jeden mały wyłącznie pasażerski. Żeby go przywołać, kiedy czeka po drugiej stronie, wystarczy uderzyć w gong przy pomoście, przeprawa kosztuje 2 euro. W każdej wiosce jest po kilka winiarni, można usiąść, wypić kieliszek miejscowego rotweina i zabrać ze sobą litrową butelkę za 3 euro. My z koValem zdecydowaliśmy się jedynie zabrać tą butelkę, żeby degustować przy namiotach. Zanim dotarliśmy do Rosatz musieliśmy przelecieć Słowację - nie pamiętam nic ciekawego. Drogi nawet sympatyczne, ale dziurawe (omijaliśmy autostradę). Kierowaliśmy się na małe przejście graniczne Hohenau, od którego do Wachau prowadzi sieć cudnych dróżek asfaltowych, gładkich i o małym ruchu. Dobrze mieć sprawną nawigację, bo z papierową mapą można się pogubić. [Nie wspomnial o drobnej historyjce przy rozstawianiu namiotów. Okazało się, że Atomek nie wziął tropika, miał więc przed soba perspektywę spania przez kilka najbliższych nocy na gołej ziemi pod osłoną zewnętrznego pokrycia namiotu. Gdy już przygotował sobie to dziwne legowisko, pozostała część namiotu jakimś cudem odnalazła się. Do tej sytuacji nie doszłoby gdybyśmy butelkę wina otworzyli dopiero po przygotowaniu posłań.] Dzień trzeci – pod Grossglocknera. Pokładowemu mądrali koVala (gps) zadaliśmy najkrótszą trasę do Heiligenblut pod najwyższą górą Austrii. Oczywiście kazaliśmy mu omijać drogi płatne i zaufaliśmy mu, co okazało się błędem, bo skubaniec doprowadził nas dokładnie pod bramki wjazdowe na słynną widokową Grossglockner Strasse. I było już niestety zbyt późno, żeby zatoczyć kółko i zajechać do Heiligenblut od drugiej strony. Jeszcze raz przekonałem się, że bezkrytyczna jazda z nawigacją ogłupia. Po prostu nie mieliśmy pojęcia którędy jedziemy.
Kiedy odjeżdżaliśmy od bramek płatnej widokówki (18 euro od bajka) już zmierzchało, ale deszcz ustał całkiem. W miejscowości Fusch znaleźliśmy fajny nocleg u frau Trudy Burgsteiner, za jedyne 16 euro od łba, na małżeńskim łóżku. Skok do tego łoża poprzedził romantyczny spacer po wiosce, koVal wspominał, jak chodził z Gutkiem za rękę, i dąsał się, że ja tak nie chcę. [Niestety Atomek na wszelki wypadek nie skorzystał z prysznica przed snem] Dzień czwarty – Dolomity.
Ranek przywitał nas niebieskim niebem i śniadaniem wliczonym w cenę. Wymietliśmy ze stołu dokładnie wszystko. Plan na dziś – Italia. Zwłaszcza, ze Flo pisał o deszczowym czwartku w Austrii. Po szybkim pakowaniu ruszyliśmy w stronę Dolomitów. Pokładowemu mądrali koVala zadaliśmy trasę najkrótszą, z opcją omijania płatnych dróg (tego i tak nie umiał) i autostrad. [Bez ostrzeżenia puścił nas kilkukilometrowym płatnym tunelem za 10E] Po dwóch godzinach wyskoczyliśmy na pierwszą przełęcz. Ponieważ wydało nam się, że na tej górce stoi zbyt dużo pojazdów, zrezygnowaliśmy z przystanku. Jakoś tak z nieprzemyślanym rozpędem puściliśmy się wąską (dziwnie wąską) drogą w dół. Dokładnie to koVal puścił się bez reszty, bo ja wyhamowałem kilkanaście metrów za wielkim semaforem z czerwonym światłem, i zawróciłem na przełęcz. Okazało się, że tam jest ruch wahadłowy, bo droga ma szerokość tylko jednego pojazdu. Miałem nadzieję, że koVal nie spotkał na agrafce tego pojazdu, i postanowiłem zaczekać na jego powrót. Tablica przed zjazdem informowała, że ruch w dół może odbywać się tylko podczas pierwszego kwadransa każdej godziny. Reszta czasu przeznaczona jest dla wspinających się pod górkę. Ma to sens głównie ze względu na sporą liczbę kolarzy. [Kilkanaście kilometrów wcześniej widzieliśmy już obaj tablice z rysunkiem zegara na którym zaznaczony byl pierwszy kwadrans, nawet między sobą wymieniliśmy uwagi na ten temat ale nie potrafiliśmy odpowiedzieć na pytanie co by to mogło znaczyć. Kiedy więc już z przełęczy zacząłem zjeżdzać w doł i zauważyłem, że droga zrobiła się jakaś wąska i pusta, mój umysł błyskawicznie przeanalizował fakty, na drugiej agrafce wiedziałem w czym rzecz, a na trzeciej zatrzymałem sie z boku. Za chwilę z dołu zaczął przelewać się koło mnie sznur KoVal nie wrócił. Czekał z kamerą w zakolu jednej z agrafek i nakręcił mój zjazd. Po drodze minęliśmy jeszcze ze czterech spóźnionych rowerzystów. Po austriackiej rozgrzewce krojenie włoskich zakrętów szło nam całkiem nieźle. KoVal co chwila łapał uślizgi tyłu a ja dziwiłem się, jak dobrze trzyma moja czeska kostka Mitasa. [Co dziwne tył mi uciekał przy podjeździe a przód przy zjeździe.] W porze obiadu włosi zafundowali nam sjestę, czyli wymarłe miasteczka z zamkniętymi sklepami i knajpami. Nawet z benzyną trzeba tam uważać, bo stacji jakby mniej i rzadko otwarte. Przed passo Sella zatrzymujemy się w zakolu drogi. Strasznie wieje, z motocykli leci wszystko, co nie przywiązane. Stoją tam już dwie pięknie utrzymane bmw k100, których berlińscy właściciele polegają w trawie na zboczu. Chwila na picie, zdjęcia i lecimy dalej. Tego dnia była jeszcze przełęcz Pellegrino. Na drogach pełno kolarzy i motocyklistów wycierających asfalt kolanami, nie musze dodawać, że jesteśmy najwolniejsi, ale nie ma co się dziwić, oni jeżdżą w zasadzie „wokół komina”, znają wszystkie te winkle na wylot. Są i tacy, którzy przeginają pałę wchodząc w ślepy zakręt z prędkościami wykluczającymi szansę ratunku, gdyby tam spotkali np. wywróconego rowerzystę albo inną przeszkodę. Późnym popołudniem znalazłem na mapie czerwony trójkącik campingu, na który obraliśmy kurs. Jak co dzień okazało się, że brakuje nam czasu na dotarcie za dnia. Nie znaleźliśmy też owego zaznaczonego na mapie campingu. Uznaliśmy, że czas już po temu, żeby w poszukiwaniu noclegu kierować się w stronę domu. Po kilku przygodnych konsultacjach z miejscowym ludem, dobiliśmy do sporych rozmiarów campingu Alleghe. Zamknięte już recepcję i szlaban ominęliśmy przejściem dla pieszych i po chwili rozbijaliśmy namioty na pełnym mrówek klepisku. Obok stacjonowali Czesi z jednym wielkim namiotem i dwoma żółtymi motocyklami. Około 21. ciszę kulturalnego zachodniego miejsca wypoczynku przerwały dźwięki pompki materaca koVala oraz nasze coraz radośniejsze (w miarę opróżniania 2.litrowego rotweina) pobekiwania i popierdywania. [Dokładnie to pomkę włączyłem przed 22, wyczekiwałem do ostatniej chwili bo mi w nocy powolutku powietrze schodziło z materaca] Po gorącym, lepkim dniu marzyliśmy o chłodnym prysznicu. I tu Włosi zaskoczyli nas niemiło, bo w toaletach czekały głodne automaty wrzutowe, które skutecznie broniły dostępu nawet do zimnej wody. Na żetony do tych bezczelnych urządzeń też nie było szansy, bo obsługa poszła do domu. Ale czy Polak w potrzebie chwili nie poradzi sobie z taką drobnostką? Do kąpieli przydał się więc szlauch do zmywania podłogi, a wszelkie opory [etyczne i społeczne] przełamało szumiące w głowie wino. Tę toaletę wieczorną uwieczniliśmy na filmie. Dzień piąty – Austria w drodze do domu. Na włoskim campingu obudziliśmy się zbyt wcześnie, żeby recepcja była otwarta. Znów musieliśmy omijać bokiem opuszczony szlaban. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się, by obrać cel na dziś. Chcieliśmy przejechać austriackie Alpy inną drogą, niż ostatnio. Znów palcem na mapie znalazłem camping w miejscowości Admont, oznaczonej na mapie jako wybitnie atrakcyjną turystycznie. Prowadził koVal, a raczej jego nawigacja.
Koło południa szukamy stacji benzynowej, bo koValowej beemce trzeba uzupełnić płyn hamulcowy. Płyn niestety ucieka przez uszczelkę przy pompie, dodatkowo niszcząc lakier na baku. KoVal zapakował prowizorycznie całość w foliową torebkę, co nie wygląda zbyt pięknie. [Torebką owinąłem pomkę hamulcową, nie zbiornik.] W małym miasteczku kupujemy DOT-4 za 2,70 euro i dolewamy. Ja jeszcze wypijam pyszne espresso w knajpie po drugiej stronie ulicy (koVal gardzi tego typu ekstrawagancjami), wizytuję toaletę i lecimy dalej. W Auronzo oglądamy zaporę wodną, a kilkanaście kilometrów dalej, tuż przed granicą zatrzymujemy się nad rzeką. Austria wita nas na przełęczy dużym wiatrakiem na horyzoncie, pomiędzy szczytami. Na parkingu poniżej urządzamy popas, czyli otwieramy nasz obiadowy lidlowy klasyk – sałatkę ziemniaczaną – po skromnym kilogramie na głowę. Jest zmierzchowo i chmurnie, kiedy osiągamy wietrzną przełęcz Sollpass. Wokół nas otwarta przestrzeń i zero ludzi i pojazdów. Pomimo ryzyka deszczu jedzie się pięknie w tej „motorcycle emptiness”. Znów zdjęcia i filmy. [Ta przełęcz utkwiła mi w głowie ze względu na zupełną pustkę ludnościową, przepiękne granatowe niebo, no i wałęsające sie samopas krowy, których odchody znajdowały się wszędzie, rowniez na ciasnych zakrętach.] Późnym wieczorem, w Admont dowiedzieliśmy się z ust miejscowej Polki, że jedyny camping w okolicy znajduje się (może) w odległości 15 kilometrów, i podobno trudno go odnaleźć. Nie wróżyło to dobrze, bo było już ciemno i zaczynał padać deszcz. Humory w takiej sytuacji zostają wystawione na wielką próbę. Puściliśmy się wskazaną drogą bez pewności, czy cokolwiek przy niej znajdziemy. Po kilku kilosach nastała noc a z nieba lunęło. Na szczęście los zlitował się i po półgodzinnej deszczowej jeździe, przez zalane szyby kasków dostrzegliśmy naszą przystań. Kiedy wjechaliśmy na teren campingu, pod daszkiem przy recepcji stało kilku jego mieszkańców, nie bardzo wiedząc co zrobić z resztą wieczoru, który zepsuła im pogoda. Nieopodal przygasało ognisko. Ciekawe, że większość moich wspomnień dotyczy naszych noclegów. Czyżby dzień wypełniony jazdą i krótkimi przystankami, był tak nijaki?
Jakoś koło 22. przestało padać, rozbiliśmy namioty i wróciliśmy do naszej kolacji pod daszkiem. Po chwili znów lunęło. Kiedy przed północą udawaliśmy się do spania, na koVala czekał mini basenik – namiot puścił wodę koncertowo, spodem i górą. Po odsączeniu wody (austriacką srajtaśmą) położył się biedak na materacu w ciuchach motocyklowych i tak zasnął. Rano różni zagraniczni turyści robili sobie pamiątkowe foty przy polskim namiocie z „opcją basenu”. [Fakt, że ta noc nie należała do przespanych, ale żeby fotografowano namiot z ktorego rano wylałem poł wiadra wody to jakoś nie pamiętam] Sobota – tranzytem przez Wachau. Rano deszcz ustał. Po niespiesznym śniadaniu i toalecie, w słonecznych promieniach ruszamy w stronę Słowacji, gdzie zaplanowaliśmy kolejny nocleg. Chcemy jechać przez atrakcyjne widokowo rejony Austrii, więc wybieramy znów naddunajski Wachau. Na skromny obiad (kanapki, bo nie było po drodze supermarketu) zatrzymujemy się przy przystani promowej w St. Joseph nad Dunajem. Zaskakują nas niewybredne zwyczaje Austriaków, którzy sikają za budką informacji turystycznej, dokładnie na naszym widoku. Obok przystani przebiega kilkunastokilometrowa dróżka rowerowa, prowadząca weekendowych turystów szlakiem winnych miasteczek i kilku malowniczych ruin zamków. W sumie nic dziwnego, że muszą ciągle sikać (a w głowach szumi). Na drodze do granicy w Hohenau przystajemy pod olbrzymim wiatrakiem, jednym z kilkunastu wirujących w okolicy. Jego grubaśna podstawa robi duże wrażenie. Realizujemy sesję zdjęciową i filmową, w trakcie której prawie zaliczam glebę. Potem wizytujemy jeszcze pracującą rytmicznie, pompę ropy (chyba). Słowacką ziemię osiągamy dobrze po południu. Ja najchętniej zanocowałbym jeszcze w Austrii, ale nazajutrz koVal miałby zbyt daleko do domu. Słowacja zachodnia jest nieciekawa (moim zdaniem) i obawiałem się mocno o to, jaki nocleg znajdziemy. Najlepsze turystycznie są rejony Tatr Wysokich, ale do nich nie mieliśmy szansy dojechać przed nocą. Po pokonaniu 150 km, w jakimś okropnym blokowisku małego, zapyziałego miasteczka, rozłożyliśmy mapę i zadecydowaliśmy, że będziemy szukać kwatery w słynącym z ciepłych źródeł Rajcu, do którego mamy jeszcze 90 km. Puszczamy się autostradą, gdzie moja koza bije rekordy prędkości (dobrze, że nie miałem na sobie mojego ulubionego orzecha). Mimo świetnej średniej, do Rajca docieramy już po ciemku, w dodatku zaczyna padać. Jedziemy przez te „turystyczne” miejscowości i nie widzimy żadnych informacji o noclegach. Leje coraz mocniej. Za Rajcem zatrzymujemy się przy sporej knajpie. Ociekający wodą wchodzę do środka, by zapytać o noclegi w okolicy. Dwie śliczne kelnerki trajkotają na przemian, upewniając się co chwila pytaniem „hej?”, czy dobrze zrozumiałem. W końcu jedna z nich dzwoni do swojego brata i załatwia nam kwaterę w nowo otwartym pensjonacie w Rajcu. Na miejsce prowadzi nas chłopak z restauracji.
Kwatera okazuje się ładnym, czystym i sporym pokojem z dwoma łóżkami i toaletą. Po rozpakowaniu idziemy do centrum miasteczka, gdzie trwa akurat festyn z dyskoteką. KoVal jest podekscytowany, ja lekko przestraszony. Niestety nie wzięliśmy kamery, bo fajne klimaty tam były, sporo ludzi, jakaś kapela grała na żywo, laski z gołymi brzuchami gibały się pod sceną, w restauracji kwaśny odór i mgła. Chwilę się poszwendaliśmy, po czym wylądowaliśmy w cukierni na ciastku i lodach, tam też zakupiliśmy butelkę wina na wynos. Reszta wieczoru upłynęła na oglądaniu ciekawych archiwalnych (cz.-b.) programów słowackiej TV. Niedziela – do domu. Trasa powrotna prowadziła przez Tatry, od Liptowskiego Mikulasza polecieliśmy Cestą Svobody. W Tatrzańskiej Łomnicy tradycyjnie kawka i ciastko w Cukraren Boćko. Przed Łysą Polana zjechaliśmy w krzaki, żeby nakręcić końcowy kawałek relacji filmowej. Droga była zamknięta dla cywilnych pojazdów, ale zaryzykowaliśmy. KoVal uparł się, że zaparkuje na środku przejazdu, bo przecież nikt nie będzie jechać, i spokojnie poszedł się wysikać. Po chwili nadjechała terenówką sympatyczna pani, by z uśmiechem przyglądać się, jak koVal biegnie do motocykla, zapinając pospiesznie spodnie. Za pięć minut nadjechał prawdziwy strażnik leśny, na szczęście przychylnie nastawiony do turystów, więc tylko nam przypomniał, że wjechaliśmy na zakazie. Spokojnie nagraliśmy końcowe sceny filmu i ruszyliśmy do Polski, korzystając z małego przejścia granicznego w Tatrzańskich Podspadach.
Spojrzałem na XL – silnik pokryty charakterystyczną dla wielokilometrowej podróży warstwą kurzu i błota. Dała radę wyśmienicie. Właściwie nie mogłem być jej pewien przed wyjazdem, bo po zimowym remoncie kapitalnym, przejechałem się tylko na jeden zlot. No i przed wyjazdem w Alpy nie miałem nawet chwili, żeby ją jakoś przejrzeć i przygotować. Po prostu wziąłem ją z garażu i trzasnęła w sześć dni ponad trzy tysiące kilometrów przez wysokie góry i parę odcinków autostrad. Nie zepsuło się nic, a nawet klakson sam się naprawił. Spalanie zaskoczyło mnie pozytywnie – nie jadąc wcale oszczędnie wyszło 3,95 l./100 km. Przed remontem łykała do 5 litrów! Z myślą o przyszłych wyjazdach planuję wymienić siedzenie na wygodne żelowe (zrobią za 350 pln w Mario-Moto w Gliwicach), i zakupić nowy worek podróżny, 59.litrowy żeglarski, w 100% wodoszczelny, bo torba Louisa puszcza wodę i wymaga pakowania ubrań do osobnych worków foliowych. Pasowałyby jeszcze wygodne uchwyty na butelki z wodą mineralną, którą musiał wozić dla mnie koVal. Na kolejny wyjazd wezmę też tankbag. Zastanawiam się nad drugim kompletem kół z oponami szosowymi, przy czym przednią na jakieś 18 cali (teraz mam klasyczne enduro 21 cali). To pozwoliłoby założyć na przód szeroką na 110 gumę. Supermoto z mojej XL nie zrobię, ale zawsze będzie bezpieczniej na alpejskich winklach. [Jeśli zaś chodzi o boksera to rownież spisał sie całkiem nieźle, jeśli nie wpomni się o tym lekko wyciekającym płynie hamulcowym, przyjmijmy że to normalny efekt eksploatacji. W górach spalał poniżej 5 litrów benzyny, co przy takiej pojemności silnika jest chyba niezłym wynikiem. Samą zaś wyprawę uważam za bardzi udaną. Wspinaliśmy się i zjeżdzaliśmy z dziesiątek gór, przejechaliśmy przez setki miejscowości, objechaliśmy tysiące zakrętów, napchaliśmy głowy milionami wspomnień, a to wszystko na przestrzeni niecałych 4 tysiecy kilometrów. Dziekuję Atomkowi za wspaniałe niekonfliktowe i wyluzowane towarzystwo, mam nadzieję, że po tych wspólnych doznaniach zabierze jeszcze na jakąś wyprawę swoją Grażkę. A jak się ma tytuł do całej opowieści? hehe. To chyba nie jest trudne?] Pozdrawiam! Atomek [i koVal] Fot. Atomek |
| następny artykuł » |
|---|
KoVal mógłby być II oficerem na statku (bo chyba drugi odpowiada za zapakowanie wszystkiego co potrzebne do rejsu). Elektryczna pompka do materaca 8-o ! Super opis! wyprawy zazdraszczam :-)
Atom jesteś okrutny, koVala za rękę nie wziąć ??!!! Wstydź się!!!

Sama jazda przez górzystą ojczyznę Hitlera była super. Drogi świetne, kultura kierowców wysoka (znaczy dają się łatwo wyprzedzać i nie zgrywają cwaniaków, jak my), słońce, ciepło. I tak do wieczora, kiedy lekko lunęło (wiadomo – góry to góry). Półgodzinny deszcz przeczekaliśmy pod dachem stacji benzynowej, czytając komunikaty pogodowe od Flowenola (dzięki!), bez świadomości, że jesteśmy po złej stronie góry. Względny ruch na ostatnim cepeenie przed bramkami owocował obserwacjami. Cztery panie w podeszłym wieku, tankujące swojego cennego bentleja, z uśmiechem aprobaty zareagowały na akustycznie nieskrępowane beknięcie koVala (stał dwa kroki od nich). Uznaliśmy potem, że panie oddałyby wszystkie swoje skarby za możliwość bekania przy starych motocyklach, moknięcie w wieczornym deszczu, bez pewności noclegu i inne atrakcje, które dawno przeminęły z ich wiatrem.
pojazdów.]
Gdzieś w połowie dnia czerwone BMW R1100GS znów wbiło się w drogę z ruchem wahadłowym na czerwonym świetle. Tym razem jednak koVal świadomie popędził za rowerzystką bujającą przed nim zgrabnym tyłeczkiem. Co miałem robić, też się wepchałem za nimi. Widziałem, jak koVal „asekuruje” kolarkę, jadąc tuż za nią, z naprędce włączoną kamerą pokładową. A dziewczyna dobrze wiedziała o co chodzi, uśmiechała się tylko i z wdziękiem stawała na pedałach.
Zajęliśmy z koValem ławeczkę pod okapem drewnianego budynku i w oczekiwaniu na przerwę w ulewie, otworzyliśmy plastikową 2-litrową butelkę zacnego trunku. Niebawem przykumkała do nas duża żaba, której nadaliśmy imię Karolina. Jak co wieczór, po campingu niosło się nasze pobekiwanie i może zbyt głośne śmiechy. A rano się okazało się, że w namiocie obok spały (próbowały zasnąć) dwie Brytyjki motocyklistki, wracające z podróży do Stambułu.
Słowacja jest dość dziwaczna, mimo, że już trochę lat od komuny upłynęło, i czasy nastały komercyjne. Po wjechaniu na parking przed pensjonatem (całkiem ładny, okazały, z jakąś nazwą na froncie) właściciel poprosił, abyśmy zaparkowali motocykle w chaszczach za domem. Trochę dziwnie, ale nie bardzo był już czas na szukanie alternatywy, więc spełniamy prośbę. KoVal ma najgorzej, bo jego krówka wymaga odpowiedniego dla swojej wagi miejsca parkingowego. Jakoś udaje nam się postawić maszyny w tych krzakach. Właściciel tłumaczy, że woli, by nie było widać motocykli z drogi. Hmm.. nie fajnie to brzmi. Po raz pierwszy w podróży spinamy nasze rumaki łańcuchem.
Zakopianka od Nowego Targu była zakorkowana na długości kilkunastu kilometrów, więc do Rabki poruszaliśmy po zwyczajowym pasie dla motocykli. KoVal świetnie opanował gabaryty swojego krążownika, który z kuframi ma szerokość małego fiata. Na wysokości Skomielnej pożegnaliśmy się – koVal poleciał drogą 28 w stronę Polski centralnej, a ja dalej zakopianką do Krakowa. Godzinę później zaparkowałem w garażu, ze współczuciem myśląc o moim towarzyszu, który miał jeszcze szmat drogi przed sobą.




