Start arrow Kilometry arrow Siedem krajów / dwa wypadki - 2002
Siedem krajów / dwa wypadki - 2002 PDF  | Drukuj |  Email
Oceny: / 1
KiepskiBardzo dobry 
Wpisał: Wojtala   
26.01.2004.
Spis treści
Siedem krajów / dwa wypadki - 2002
Strona 2
28.04.2002 Po długich przygotowaniach, nocnych marzeniach wybija godzina "0" .Krótko przed 12.00 spotykamy się pod krzyżem papieskim w Sopocie. Nastroje wspaniałe ,pogoda piękna. Od początku widać ,że przygotowania trwały do ostatniej chwili. Adam i Dorota przed samym wyjazdem kupują karimaty. Dorka przyjeżdża z nimi pod pachą. Old Piotr z pewną taką nieśmiałością stwierdza " nie martw się ,to tylko dwa tygodnie!" Jestem dumny, że moja Krystyna pomimo choroby postanowiła pomachać mężowi na pożegnanie!

Część I

 

Ruszamy z kilkuminutowym opóźnieniem . Rozpoczyna się I etap do Pawła ACE w Skierniewicach. Na rogatki miasta odprowadza nas kilka znajomych motocykli. Trasa dosyć mocno zatłoczona ,ale radzimy sobie zupełnie przyzwoicie. Do Skierniewic docieramy późnym popołudniem. Na rogatkach miasta czeka już na nas "bandyta sycylijski" Pawłem ACE zwany. Po przekroczeniu progu domu babci doznajemy lekkiego szoku. Paweł wydał bankiet na naszą cześć. Czego tam nie było?!? Ryby smażone, kiełbachy i inne dobra wszelakie. Motocykle odstawiamy na noc do garaży TP S.A. ( pierwsze próby gubienia się w tym wielkim mieście!), a umordowani motocykliści zalegają w dwóch lokalach mieszkalnych. 29.04.2002 Pochłaniamy pizze w centrum Skierniewic i rozpoczyna się II etap. Ruszamy pod Rybnik do Marka M4. Powiększona kolumna motocykli zaczyna wzbudzać coraz większą sensację. Błądząc lekko po zagłębiu z pomocą Marka M4 docieramy do jego pięknego domostwa. I znowu obżarstwo i docieranie się grupy. Atmosfera bardzo dobra. Jest już ciemno , gdy do grupy docierają Zbyszek na Valkiri i Władek na żółtej Magnie. Ok. północy w strugach deszczu dobija do nas Kuba na Virago 750. Jechał w tak intensywnej ulewie, że awarii ulega ( jedyna awaria techniczna podczas całej wyprawy) instalacja elektryczna motocykla. Razem z x. Piotrem zajmujemy kawałek podłogi na strychu ,korzystając przy tym z materaca gospodarzy ( no w końcu kto pierwszy ,ten lepszy) . 30.04.2002 Nikogo nie trzeba budzić, część pakuje klamoty na motocykle , Arex pomaga Kubie wysuszyć zamokniętą Virago i robi to skutecznie. Ruszamy do granicy szukając po drodze jakiegoś dziwnego banku dla Kuby lub kantoru ,co zajmuje nam zresztą dosyć sporo czasu. Przy drodze czeka już na nas Rexio ,który postanowił pomóc ( i robił to rewelacyjnie ) grupie jako przewodnik do granicy i pierwszej miejscowości po stronie czeskiej. Próby wymuszenia na x. Maślaku czasu na zjedzenie bromborów w czeskiej knajpie spaliły na panewce ,ponieważ zaczyna nam mocno brakować czasu ,który zgubiliśmy rano szukając kantoru. Ruszamy dalej posileni Redbulami i sznikersami ! Plan jest prosty. Mamy dojechać do Austrii jeszcze tego samego dnia. Po drodze pierwszy deszcz i pierwsza gala sztormiakowa. Grupa zaczyna się poznawać ,a zmęczenie wyzwala w ludziach ataki głupawki. Po przekroczeniu austriackiej granicy zaczynam odczuwać ból lewego ramienia. Przyczyna - setki mijających nas i pozdrawiających motocykli motocyklistów. Rozwala mnie radość i euforia! " Jezu jak się cieszę" ,"to nie możliwe, że tu jestem" ,"co ja tutaj robię". Pogoda piękna , widoki powalające. Spokojnym ruchem zamykam okno, aby klimatyzacja mogła lepiej hulać po ..........żartowałem. Klimatyzacja włącza się sama ,kiedy wjeżdżamy do lasu. To efekt znany wszystkim motocyklistom - temperatura spada o kilka kresek. Góry ,rzeki, urokliwe wsie i miasteczka. Zmęczenie znika gdzieś zupełnie. Remek i Paweła tradycyjnie wyciskają pompki na każdej stacji benzynowej. My już również tradycyjnie pochłaniamy "tradycyjne danie wszystkich motocyklistów Redbull i sznikers". Grupa sunie w karnym szyku (szachownica) ,a wszelkie próby niesubordynacji tłumione są w zarodku. Wjeżdżamy do Melku pierwszej większej alpejskiej miejscowości na naszej trasie. Powala mniewszechogarniające piękno! Niektórzy dodają uszczypliwie " no w końcu będą fotki nie tylko ze stacji benzynowych!" Pochłaniamy ....................(nie, nie) tym razem kawę , lody i ruszamy w dalszą drogę. Góry jakby coraz wyższe, winkielki coraz bardziej zamknięte. Niektórzy przechodzą przyspieszony kurs terminologii motocyklowej tzn. winkle, agrafki, zamykanie opon itd. Niesubordynowany ACE ucieka grupie ,ale za chwile karnie dołącza do kolumny. Zakręty powodują , że musimy rozluźnić szyk, aby jeden nie wpadł na drugiego. W lusterku obserwuję Zbyszka ,który dzielnie radzi sobie na 400 kilogramowej Valci. Tylko kilka pierwszych winkli spowodowało ,że mam wrażenie jakby włosy stały mi na ..........dupie. Jedziemy przez zupełnie magiczne miejscowości (St. Anton itd.) . Tak do końca jeszcze do mnie nie dotarło, że tu jestem. Dosyć późno docieramy do Mariazell i zaczynamy rozglądać się za w miarę tanim noclegiem. Zostaję wyznaczony przez Don Kristoffo , abym złapał jakiegoś miejscowego języka. Nic prostszego ! Zatrzymuję na ulicy "tubylca" lub jak mówią inni "tambylca" , który okazuje się Turkiem. Wskazuje nam na hotel w centrum miejscowości i przeszkala ,aby pytać o pokoje z łóżkami piętrowymi. Hotel posiada własne ( w miarę bezpieczne ) miejsca parkingowe ,ale wcale nie było łatwo je znaleźć. Ustawiamy motocykle pod gołym niebem ,zostawiając miejsce dla Austriaków pod zadaszoną wiatą. Tak nas chyba w tej komunie wychowali?!? Kilku odważnych wstawia jednak maszyny pod wiatę. Z hotelu wypada starszy pan i coś nerwowo wykrzykuje. "O cholera nie jest dobrze" - pomyślałem sobie i nie zdążyłem moich wątpliwości przekazać grupie ,ponieważ pan zwrócił się do mnie dosyć nerwowym głosem" dlaczego państwo zaparkowali motocykle pod gołym niebem. Przecież przestrzeń pod dachem jest dla gości hotelowych ,a wy takimi jesteście?" Na to wszystko odzywa się Paweł ACE " mówiłem ,że wojtala to hitlerowiec , bo gość bezbłędnie odezwał się od razu do Wojtali po niemiecku" Cena umiarkowana jak na austryjackie warunki, do tego ze śniadaniem. Zajmujemy pokoje w kazamatach wielkiego hotelu i szorujemy na kolację do hotelowej restauracji. Tu powstaje nowy obyczaj przy zamawianiu potraw. Pokazuję kelnerce Pawła ACE i mówię " widzi pani tego wielkoluda? Proszę nam podać takie danie ,aby ten duży się najadł i było relatywnie tanie" Pańcia przynosi nam kartoflane kluseczki zesmażone z boczusiem i surówkę, ale czy to była duża porcja, o to musicie już zapytać ACE. Przy piwku rodzi się pomysł podziału wyprawy na dwie grupy, ponieważ część czuje niedosyt jeżeli chodzi o prędkość pokonywania winkielków i agrawek. Podział na grupe wolną i szybką zostaje zaakceptowany przez naszego wodza Don Kristoffa i ma obowiązywać podczas jutrzejszego przejazdu przez Alpy. Udajemy się na spoczynek. Jako "chwilowy" przywódca grupy szczególnie przy załatwianiu noclegu dokonuję sprawiedliwego podziału pokoi tzn. palacze razem ,a reszta niech bierze resztę pokoi. Razem z x. Piotrem dostajemy pokoik ( no może to za duże słowo) z jednym piętrowym łóżkiem i niedziałającą umywalką. Jest super i wcale nie narzekam! Rano miałem wrażenie, że zasnąłem szybciej niż się położyłem.



Część II



1.05.2002 Wstajemy dosyć wcześnie , aby znaleźć chwile na spacer po urokliwym Mariazell. Ruszamy z x .Piotrem na miasto zahaczając po drodze przepiękny kościół , rynek ,stary cmentarz. Niesamowicie wygląda to alpejskie miasto w promieniach wschodzącego słońca. Mieszkańcy pedałują do pracy (chyba?!?),a my nie śpiesząc się wracamy do pensjonatu na kontynentalne śniadanko. Po śniadaniu rozpoczynają się gorączkowe przygotowania do wyjazdu. Pakujemy klamoty na motocykle. Każde spakowanie i rozpakowanie motocykla powoduje ,że rzeczy robi się jakby więcej. Myślałem ,ze tylko ja tak mam. Okazuje się jednak ,że dotyczy to wszystkich . Na parkingu hotelowym trwa wciskanie jeden drugiemu rzeczy ,których zapomnieliśmy włożyć do bagażu, a szkoda czasu na ponowne rozpakowywanie rolek ,sakw, kufrów itd. Mam już w sakwie płyn do mycia szyb Zbyszka, teraz dochodzą szelki. Jak tak dalej pójdzie ,to do końca wyprawy Honda Valkiria stanie się moją własnością?!? Opuszczamy pensjonat i ruszamy razem na stację benzynową. Zaczyna się chyba najbardziej piękny odcinek przez austriacki Tyrol do Hochalpenstrasse. Już nie wiem gdzie skierować wzrok. Przepowiednie złej pogody nie sprawdzają się. Świeci piękne słońce i tylko zalegający w wysokich partiach gór śnieg przypomina o odchodzącej zimie. A niektórzy mówili nam przed wyjazdem " będziecie jechać za pługiem!" , "przygotujcie wariant zapasowy trasy" itd. Pierwsza grupa wyrwała do przodu, a my pod wodzą x. Krzysztofa spokojnie suniemy do przodu podziwiając Alpejskie stoki. Co jakiś czas zatrzymujemy się na sesję zdjęciową. Próbuję strzelać fotki w trakcie jazdy, ale nie jest to chyba najlepszy pomysł na alpejskich winkielkach. Zatrzymujemy się przed mostem pod którym przepływa górski strumień. Na tym zaimprowizowanym parkingu panuje niesamowity tłok. Same motocykle, rewia motocyklowej mody. Niemcy ,Austriacy, Włosi i nasza grupa pierwsza. Wszyscy szczęśliwi , radośni, optymizm wali na kilometr!

Jeszcze ostatnie fotki i ruszamy dalej. Wjeżdżamy do miejscowości Gams . Piękna wioska położona w dolinie. Na poboczu skrzyżowania leży Remek . Jego motocykl stoi w bocznej drodze. Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy - "No ten to sobie znalazł miejsce na wypoczynek" . Nie było jednak tak różowo. Doszło do kolizji z miejscowym autkiem. Kobieta zajechała mu drogę. To co następuje potem ,to przykład działania perfekcyjnego mechanizmu. Prawie natychmiast są strażacy, miejscowy lekarz domowy ( taka męska dr Quinn) . Przyjeżdża karetka i lekarz ,po rozmowie z Remkiem wzywa helikopter. Pomimo protestów Remka , który mocno protestuje i stwierdza " Ja nie lubię latać helikopterem" pakują chłopa go "Hubschraubera". Dr Quinn ( kawał chłopa) zapisuje nam na kartce miejscowość do której helikopter zabrał Remka. Chłopaki pomagają zapakować jego motocykl do samochodu miejscowego warsztatu i przy okazji stwierdzamy ,że maszyna nie ucierpiała specjalnie, a gmol spełnił swoje zadanie. Emocje lekko opadają. Razem z x. Krzysztofem ruszamy do miejscowości Kallwang ( nie ma jej nawet na dokładnych mapach), gdzie podobno jest Unfallklinik, a reszta grupy rusza dalej w kierunku Hochalpenstrasse. Tniemy autostradami ,żeby było szybciej. Maślak bez pudła trafia na miejsce. Do szpitala pokazuje nam drogę dziewczynka na rowerku. Co za miejsce?!? Kilka domów i potężna klinika. Rozmowa z Remkiem ,a potem z lekarzem jeszcze bardziej nas uspakaja. Jest dobrze. Zaopatrzenia będzie wymagać jedynie lewy nadgarstek. W tych nerwach zapominamy, że facet powinien mieć jednak swoje gacie ,koszulki ,papcie itd., a to wszystko zostało razem z Magną w warsztacie. To nie problem . Krzychu zostawia mu swoje koszulki , ja sandały i gra muzyka. A klinika przypomina sceny z filmu " Klinika w Szwarzwaldzie". Czysto, schludnie, salowa nie ma obtłuczonego wiadra z herbatą. Wszyscy mili, uśmiechnięci. Pytają Remka ,czy na obiad życzy sobie "wiener snitzel" ,czy jakąś inną potrawę. W rozmowie z lekarzem stwierdzam " szkoda ,że poznaliśmy się w takich okolicznościach i wolałbym teraz siedzieć z panem w "Bierstubie" przy piwku" . A on mi na to " kończę dyżur o 18" Tak sobie myślę ,że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek pańcia postanowi zajechać mi drogę ,to niech to będzie Austria!!!

Po niezbyt mocnych uściskach z Remkiem , z lekko odchudzonymi bagażami ruszamy odszukać naszą grupę. Oni w tym czasie cały czas jadą w kierunku dzisiejszego celu. Na autostradzie Krzysztof nawiązuje kontakt telefoniczny z grupą "baca, baca to ja ryży koń - ciotka Hermenegilda wychodzi z wody!" Tam też dowiadujemy się ,że Hochalpenstrasse jest zamknięta i szukają noclegu gdzieś pod włoską granicą ,ale jeszcze po austriackiej stronie. Mam wrażenie ,że przejechaliśmy razem z x. Maślakiem wszystkie austriackie tunele. Idzie nam jednak zupełnie dobrze ,bo na miejsce noclegu dotarliśmy chwile po zakwaterowaniu grupy. Główny negocjator Chudzik załatwia super pensjonat. Nocleg ze śniadaniem ma kosztować 20 Euro ,co jak na austriackie warunki jest ceną rewelacyjną. Do tego śniadanko i do tego wcale nie kontynentalne, co oznacza ,że najedzą się wszyscy. Na miejscu okazuje się , OldPiotr zaliczył drobny uślizg , co skończyło się szczęśliwie dla kierowcę ,ale ucierpiał Vulkan. Piotr musiał zostawić motocykl w warsztacie, a sam zamieszkał w hotelu opłaconym przez ubezpieczyciela. W tym miejscu uwaga do wszystkich podróżników. Przykład OldPiotra uczy ,aby przed wyjazdem wykupić wszelkie możliwe ubezpieczenia i to w full-pakietach. Nie są to duże pieniądze , ale przypadki chodzą po ludziach i maszynach. I tak zakończyliśmy dzień 1 maja. Tak sobie myślę ,że mimo wszystko szczęśliwy. Już do końca wyprawy pozostaliśmy w kontakcie telefoniczno - SMS'owym z Remkiem i OldPiotrem, który jeszcze nie powiedział ostatniego słowa!!!



Ps1

Co do części1 - Paweł Ace nie dołączył karnie do grupy ,ale pogonił dalej i podobno czekał na nas godzinę w Mariazell. ( sprostowanie na prośbę zainteresowanego)



Część III



Część podróżników i naszego Bosa dosyć szybko powaliło zmęczenie , a reszta w oczekiwaniu na przyjazd Tomka Woźniakowskiego i jego plecaczka gra w "dobieranego" próbując wytłumić pierwszomajowe emocje tzn. chodzimy cichaczem do właścicielki pensjonatu i dobieramy na krechę browarki prod. austriackiej. Niektórzy pogłębiają przyjaźń polsko-austriacką konwersując z córką właścicielki. Jedynie Kuba postanawia zostać na własną prośbę dyżurnym i przyholować Tomka.

2.05.2002 Grubo po północy dociera ostatnia ekipa z Polski ,która chce fragment trasy pokonać z nami. Ponieważ do końca nie było pewne ,czy przyjadą układamy ich w pokoju telewizyjnym .

Wczesnym rankiem szykujemy się jeszcze przed śniadankiem do wyjazdu. Grupa jest już mocno zgrana ,o czym świadczą powiązania finansowe łączące uczestników. Ten stan pogłębia się z każdym przejechanym kilometrem. Tak będzie już do końca wyprawy. Prowadzę sobie zapiski wydatków i pożyczek ,bo moja pamięć jest dobra ,ale krótka. Współpraca jest wielopłaszczyznowa. Ten ma gotówkę ,a nie ma karty, tamten ma kartę ,a nie ma gotówki. Generalnie polega to na wzajemnej pomocy, a naszym głównym bankierem u którego wszyscy siedzą w kieszeni jest Don Kristoffo. Tego dnia kasjerem głównym zostaje Bogdan Chudzikiewicz i to na niego spadają trudy rozliczenia naszego pobytu z właścicielką pensjonatu. To ciekawe , ale nikogo nie dotknęła amnezja i rozliczenie przebiegło wyjątkowo sprawnie. No chyba ,że Chudzik dołożył do interesu ,ale to się już nie wyjaśni!

Ruszamy w kierunku włoskiej granicy. Nuda panie nuda. Tylko te góry i góry. Już patrzeć na nie mogę Same zakręty. To po to kredens kupowałem ,żebym się teraz po takich winklach musiał szarpać - żartowałem. Granica austriacko - włoska jest miejscem bardzo umownym. Bardziej po krajobrazie i ...............nazwach miejscowości widać ,że to już Włochy!!!! Po Alpach wydawało mi się ,że już nie zobaczę nic bardziej urokliwego ,ale Dolomity są chyba?!? jeszcze piękniejsze. Zaczyna się wspinaczka ,co jakiś czas omijamy ciężarówki ,które zbierają tyczki wyznaczające drogę dla pługów . Czym wyżej, tym więcej śniegu. Robimy ku ogólnej radości kilka sesji zdjęciowych na śniegu. Pomimo tego ,że Paweł ACE wmawia mi ,że w górach nie byliśmy ,bo Hochalpenstrasse była zamknięta nie wiem jak reszta ,ale ja jednak w górach byłem. Mam wielką frajdę obserwując tabliczki informujące o wysokości na jakiej się znajdujemy.1700,1800,1900 i wjechaliśmy chyba na 2400. A co do Hochalpenstrasse ( nawet jej zamkniętych bramek nie dane mi było zobaczyć) ktoś opowiadał mi , że kiedy tam dotarli jako podróżnicy zdobywcy na swych stalowych rumakach szczęśliwi z odniesionego sukcesu z za zamkniętego szlabanu wyjechał Austriak na ................rowerku i stwierdził " nie da rady przejechać - próbowałem ,ale zaspy są dwu-metrowe" Tadzio z Białegostoku powiedziałby na pewno "HA HA ale śmieszne, ale śmieszne!!!

Pogoda piękna ,chociaż czarne chmury wiszą już nad Italią. Naszym dzisiejszym celem wyprawy jest Bergamo. Opuszczamy Dolomity . Zaczyna padać. Chciałoby się powiedzieć za folderami biur podróży "Sole Italia, sole Italia , sole cholera Italia" Leje na całego. O ile mnie pamięć nie zawodzi zahaczamy o Trydent. Piękne miasto ,miliony skuterów, a panie one takie niebezpieczne. Poginają jak chcą ,gdzie chcą i którędy chcą. My twardziele musimy bardzo uważać. Chwila nieuwagi i już takiego facecika ,albo babeczkę masz pod łokciem. To fajny kraj w Europie. Chociaż raz ktoś nie wie ,gdzie leży Gdańsk. Może oni nawet nie wiedzą co to Bałtyk?!? Ale Lechu Wałęsa ok. Non capisco ,ale ok. Tylko gdzie on mieszka, tego już Italiano w pizzerii nie wiedział. Razem z Dorką ,Adasiem i Zbychem zjadamy coś ,co podobno jest orginalną włoską pizzą (zgroza!) ,kupujemy na wagę !!! bułki ( to ciekawe zjawisko) i wracamy rozgoryczeni do naszych motorkufffff z postanowieniem ,że może jednak dobijemy się Redbullem i sznikersem?!? To bardzo ładne miasto, ale nie mamy czasu na dogłębne zwiedzanie. Ruszamy dalej. I tu następuje mój wewnętrzny dramat. Świeżo upieczone i zakupione bułeczki zresztą za pieniądze Adasia i Doroty zamiast do sakwy kładę na. Na efekty nie trzeba długo czekać. Na pierwszych światłach dogania mnie Adam i pyta "Czy to nie twoje bułeczki przed chwila służyły w lotnictwie?" Wszyscy przechodzimy pod wodzą Chudzika przyśpieszony kurs języka włoskiego. I tu nie przypuszczałem ,że głęboko przydatna okaże się polska komedia "Giuseppe w Warszawie" . Bogdan jak przystało na szowmanna wali całymi cytatami. Mi jak na złość przypominają się mało istotne szczegóły i to po polsku " żaby zjadły bociana" , "zajęcia podchorążówki są piętro wyżej" , "Maryśka nie przy jedzeniu!!!" ,ale czy one przydadzą mi się we Włoszech?!? Leje w słonecznej Italii coraz bardziej, chwilami jak oberwanie chmury. Do tego nasi przyjaciele Włosi zamknęli drogę "Lago di Garda" (podobno bardzo urokliwą ) Po lekkim błądzeniu po mieście zapada decyzja, że wjeżdżamy na autostradę. Autostrady są niestety płatne ,ale nie to jest największym problemem. Problem to :

a) zdjąć namokniętą rękawicę

b) mokrą ręka schować przemoczony bilet do zamokniętego kondonika p. deszcz

c) przejechać wybrany fragment autostrady (czyt. Czynność najprzyjemniejsza)

d) odnaleść mokry bilet w zamokniętym kondonie

e) zapłacić czymkolwiek ,byle szybko ,bo panu w psiej budzie gdzieś się bardzo śpieszy ,a powinno być chyba odwrotnie

f) Karty kredytowe nie są mile widziane ,ale akceptowane

Autostradowe życie byłoby nudne ,gdyby Kuba założył sprawnie rękawice. Zgubił nam się biedaczysko po drodze i pewinie przeżył to bardzo, bo zasuwał w tej ulewie 200 km bez łapawiczek ,co pewnie do przyjemności nie należy. Odpowiedzialność za grupę polega między innymi na tym ,aby np. na rondzie wszyscy zjechali tym samym zjazdem. CBR 1000 Tomka Woźniakowskiego robiła za wóz łącznikowy ze sztabem pułku. Dwa razy Don Maślakos podejmował decyzję o krótkim postoju na poboczu ,aby grupa znowu zaczęła przypominać "dzikiego węża" ,ale niezbyt długiego. Brzydka pogoda nie miała specjalnego wpływu na dobry humor deszczowej grupy. Było już bardzo późno i ciemno ,kiedy zajechaliśmy pod Dom Opieki w Bergamo. Kogo nie zdążyła przemoczyć ulewa ,ten zmókł od ...........................nawadniaczy do trawników na teranie ośrodka. To głupie urządzenie włącza się widocznie samoczynnie bez względu na pogodę. Niektórzy nawet myśleli, że to żyje. To jednak chyba nie była prawda. Wspaniałe przyjęcie przez siostrzyczki zakonne i x. dyrektora. Stawiamy motocykle w wielkim garażu. Wszyscy razem przypominamy statystów z filmu "Wodny świat". Zostajemy zakwaterowani w dużej świetlicy. Po chwili zostajemy zaproszeni na wystawna kolację ,ze wspaniałym winem . "Głodna Litwa" jak to mawiał mój świętej pamięci wujaszek Tolek , "Głodna Litwa"!!! Ksiądz dyrektor jest dumny ,że włoskie specjały tak bardzo nam smakują ,tylko dlaczego ci Polacy tak dziwnie jedzą? Nie ta kolejność ,wszystko na głowie! Pojedli, popili dobrego winka i lulu.

W tym czasie przy tej samej pogodzie sunie do nas wytwornym samochodem OldPiotr. Okazało się ,że mógł dostać na czas naprawy motocykl zastępczy ,ale nie umiał ich przekonać co do potrzeby opuszczenia terytorium Austrii. Ostatecznie dali mu super -furę ,Mitsubishi , turbodizel, klima , drapaczka do ......Dotarł do Bergamo grubo po północy. Nie odważył się pukać tak późno do bram Domu Starców. Może obawiał się ,że potraktują go jak dezertera - pensjonariusza i zamkną do karceru. Ostatecznie noc spędził w śpiworku w swoim tymczasowym samochdodomku. "A mówiłem ,że tak będzie"

3.05.2002 Zrywamy się wcześnie jakbyśmy wszyscy razem mieli zaburzenia snu. Wspaniałe śniadanko i nasz plan na dziś to : przez 24 h nie patrzeć na te wstrętne motocykle. Dwoma samochodami dla pensjonariuszy ( krat w oknach nie było) pod dowództwem siostry Zuzanny ruszamy na dworzec kolejowy. Zwiedzamy centrum Mediolanu, katedrę i okoliczne uliczki. W czasie wolnym koloniści udają się do typowo włoskiej restauracji, czyli Mc Donalda .To tam dowiadujemy się ,że aby wypić dużą ( naprawde wielgachną) kawę, trzeba wołać przy zamawianiu "kaffe americano!!!!" Ale ciiiiiiiiiiiicho nie mówcie nikomu ,bo wstyd. Słynna La Scala okazuje się (przynajmniej z zewnątrz ) mizerniutkim przybytkiem. Za to okolice katedry ,mediolańskie sukiennice są wspaniałe.

Wracamy do Bergamo, a naszym celem jest zwiedzenie starego miasta. Na stare miasto wjeżdżamy kolejką górską jak na Gubałówkę. Po drodze Paweł ACE przy wydatnej pomocy kolegów "molestuje" wszystkie napotkane Włoszki ( w stosownym wieku oczywiście) "Molestowanie" polega na wymuszeniu wspólnej fotografii. Po starówce Bergamo oprowadza nas Sofia Loren. Nie mówi zbyt wiele ,za to Krzysztof w roli tłumacza mówi trzy razy tyle. I to wzbudza nasze podejrzenia o poprawność tłumaczenia. Zośka Loren z uporem maniaka mówi coś cały czas o jakimś cinquecento Romana. Kończymy zwiedzanie ,a ja ciągle nie wiem ,czy Roman chce kupić to cinquecento ,czy sprzedać. To zmęczenie całym dniem skoncentrowanej uwagi. Na motocyklu zawsze można się zdżemnąć podczas jazdy ,a tu tylko słuchąć i do tego na stojaka. Mijamy magiczne miejsca, ogrody, schodki, balkoniki. Kwiaty i znowu balkonki. Należałoby napisać osobną historię o włoskich balkonach. W centrum znajduje się miejsce ,gdzie odbywały się sądy nad niewiernymi żonami, a może coś źle zrozumiałem?!? W końcu trafiamy do grobowca kogoś bardzo ważnego ( zapytajcie x. Maślaka, kto to był).Zośka pięknie mówi po włosku, x. Maślak tłumaczy - " Jest to grobowiec ............... i naukowcy przez stulecia poszukiwali ciała i nie mogli znaleźć .Obok pochowano panią jego serca razem z jej ukochanym zmumifikowanym ptaszkiem. Po latach badań okazało się ,że zmumifikowany ptaszek nie był jej, tylko należał do niego" Nasz poziom głupawki przekroczył stan dotąd nie notowany. Wypadliśmy z kaplicy zostawiając w środku naszą przewodniczkę i tłumacza. Było naprawdę wspaniale, a siostra Zuzanna powiedziała mi potem ,że powinniśmy zostać świętymi za tyle cierpliwości ( cokolwiek to oznacza)

Wracamy do Domu Starców, a ja mam wrażenie, że trafiłem do odpowiedniego miejsca. I znowu wspaniała kolacja . Po kolacji x. Dyrektor oprowadza nas po swoim wspaniałym domu . Ma ciekawy sposób oprowadzania. Gwiżdże na nas radośnie. Aż miło popatrzeć ile werwy i życiowej radości ma w sobie ten niemłody w końcu już człowiek. Wszystkim nam bardzo potrzebna jest msza ,którą w kaplicy odprawiają nasi księża. Każdy ma pewnie głowę pełną różnych intencji, ale w tej chwili liczy się tylko zdrowie Remka.



Część IV



4.05.2002 Deszczowy ranek w Bergamo. Ten deszcz musi w końcu przestać padać!! Dla Tomka Woźniakowskiego, plecaczka i czerwoniutkiej CBR'y to ostatni dzień pobytu z nami. Dla nich za chwile rozpocznie się autostradowy Highwayblues do Polski. Szkoda, bo mocno się zdążyliśmy zjednoczyć we wspólnym ( nie, nie!) szczęściu. Pojadą jeszcze z nami wspólny autostradowo - deszczowy odcinek. Kuba podejmuje decyzję, że rusza na audiencje generalną do Rzymu, a potem dogoni nas w Ankonie i dalej już razem popłyniemy do Chorwacji. Zaopatrzony w adresy domu pielgrzyma ma nadzieję zobaczyć Papieża ONLINE. Pomysł fajny , ale mnie jednak bardziej nęci IX Zlot Centaurów w Corboli. Zaletą noclegu w Domu Starców jest profesjonalna suszarnia. Miło założyć suche ciuchy, chociaż i tak za chwilę będą wyglądały podobnie. Jest jeszcze jeden rarytas. Możliwość zapakowania sakw, tankbagów i wszelkich innych bambetli do służbowej limuzyny OldPiotra. Zostawiamy mu jednak trochę miejsca do sterowania pojazdem. Taką małą budkę stróża. O jak miło . Buziaczki i sesja zdjęciowa z siostrzyczkami. Stanowiliśmy tu jednak sporą sensację i dla pensjonariuszy i personelu. Siostry dopakowują nam wszystko ,co zostało ze śniadania.

Ruszamy z Bergamo ,aby po chwili wjechać na autostradę. Jeszcze w komplecie. Kuba wykonuje jakieś dziwne manewry. Wjeżdża na autostradę ,aby po kilku kilometrach z niej zjechać. Nic nie rozumiem ,ale ja mam tylko jechać i takie jest moje zadanie. "Jak radośnie jest maluchom ,kiedy mają bardziej sucho!!" kołacze mi się po głowie. Fajna jest rola paczki jaką jestem w kolumnie. W przeciwieństwie do x .Krzysztofa nie muszę się martwić gdzie i dokąd jedziemy. Trzymam dystans na mokrej nawierzchni. Moje Micheliny bardzo dobrze zachowują się zarówno na mokrej ,jak i na suchej nawierzchni. Nie znoszą jednak białych pasów i na nie najbardziej muszę uważać. Ciekawy jest układ w kolumnie. Ludzie zachowują się ,jak osoby przez kilka kolejnych dni siadające przy tym samym stole. Niewiedzieć czemu zawsze siadają na tych samych krzesłach. Jedyne zalecenia przed wyprawą dotyczyły tylko dwóch pierwszych i ostatniego motocykla. Za mną jako najszczęśliwszy motocyklista popyla x. Piotr. A szczęśliwy dlatego , ponieważ od Sopotu ma niedziałającą linkę szybkościomierza. Nie stresuje się zbyt wolną lub zbyt szybka jazdą. Jedzie po prostu jak w dym za nami celując w moja tylną lampę. Kiedy reszta przechwala się ilością przejechanych kilometrów, Piotruś spokojnie stwierdza "a ja mam cały czas 25" Jedziemy na południe włoskiego buta. Deszcz pada jakby coraz mniej intensywnie. Wali to lekkim optymizmem, bo chwilami przestaje padać. Jest bardzo ciepło. Kondoniki p. deszcz nie lubią takiej pogody, a właściwie zawartość kondonika, czyli my. Dojeżdżamy do jakiejś dużej stacji benzynowej. Tu następuje pożegnanie Tomka i plecaczka. Do zbiorowego zdjęcia zapraszamy również polskie małżeństwo na BMW 1100 ,które przypadkowo się tam znalazło. Czerwona CBR'a 1000 znika jak pocisk, a my dostojnie suniemy dalej. Już nie pamiętam gdzie ,ale w końcu przestaje padać .HURRRRRRA!!!!!. Wraca mi wiara w słoneczną Italię. Adaś z Dorką zaczynają mieć problemy z nadmiernie zjedzoną kapciem. Tylna opona w Zygzaku zaczyna przypominać miejscami moją bujnie owłosiona głowę. Paweł ACE chyba jeszcze w Austrii złapał w tylną oponę gwoździa i dzielnie wiezie go przez całą trasę. Chociaż on przywiezie jakąś pamiątkę z wyprawy!!!

Nie wiem już kiedy , ale przestaje padać. Zaczynam wierzyć, że jedziemy na południe. Sprawnie i dosyć szybko docieramy do Corboli. Zahaczamy po drodze małe włoskie miasteczko , z pięknym kościółkiem. Ciekawostką jest folder opisujący kościół w języku polskim i bardzo sympatyczny proboszcz. Obok kościółka objazdowy grill. Kupujemy kurczaki. Za stół służy nam maska samochodu OldPiotra. Podobno przy oddawaniu samochodu Austriak mocno się zastanawiał skąd pochodzą tłuste plamy na karoserii. Pod Corbolą sklep motocyklowy w którym byłoby możliwe kupienie opony dla Adama jest niestety zamknięty. Kwaterujemy w salkach katechetycznych i resztę popołudnia poświęcamy na mycie i przygotowanie motocykli do jutrzejszej mszy i parady. Wieczorem jedziemy bratać się z Włochami do miejscowej knajpki na proszoną kolację ( cokolwiek to oznacza ) Z tym brataniem ,to różnie bywa . Jak w życiu. Długie połączone razem stoły, białe obrusy. Jak na weselu myślę sobie. Z tego bratania zapamiętałem tylko jedno słowo " ciao". I siadamy tradycyjnie jak na takich uroczystościach. Rodzina zmarłego po lewej , a rodzinna panny młodej po prawej. Włosi obdarowują nas koszulkami ,kalendarzami i proporczykami IX zlotu. Dlaczego przed wyjazdem nie pomyśleliśmy chociażby o biało-czerwonych chorągiewkach?!? Coś jemy ,coś mówimy - ciao, ciao i wracamy na nocleg.

5.05.2002 Paweł ACE i ktoś jeszcze wkręcają nam tekst ,że na miejsce zlotu jest 100 m ,tak więc można jechać bez kasków i w krótkich gaciach. Wszyscy suniemy bez kasków ,ale na szczęście nie wszyscy w krótkich gaciach! Ledwo zdążyliśmy ustawić motocykle pod kościołem, podchodzi do nas Carabinieri. Nie rozumiem dlaczego do mnie . Przecież ja hitlerowiec i po włosku " non capisco" Tu stał się cud. Nie jedyny zresztą na tej wyprawie. Był to jedyny makaroni ,którego zrozumiałem bardzo dokładnie. A może on mówił po polsku?!? Carabinieri zapytał grzecznie ,ale stanowczo "Polonia helme?, a w Italii? Tak odpowiedziałem ściskając klejnoty. "To dlaczego Polacco bez helme?" O w mordę! Tak mi się głupio zrobiło ,że aż mi w pięty poszło. I jak stado owieczek karnie ruszyliśmy po kaski, naturalnie bez motocykli. Oczywiście potem okazało się ,że Italiano na paradę pojechali bez kasków i tylko Polacco w kaskach. Carabinieri dalej stał na skrzyżowaniu i radośnie nas pozdrawiał. Msza była dla mnie dużym przeżyciem i to nie tylko z powodu ,że odprawiał ją x. Krzysztof razem z x. Piotrem. Pokażcie mi w Polsce proboszcza ,który zgodzi się wpuścić motocykle pod sam ołtarz. A w Corboli tak było. Nawet przed samym ołtarzem mała crosowa maszyna. Może ja mało jeszcze widziałem ,ale msza również była zupełnie inna. Radosna!, wesoła! , San Remo! .I nikomu nie burzyło to dostojeństwa i powagi chwili. Część kazania x. Krzysztof mówi po polsku. Robi mi się dobrze i ciepło. Po mszy kościół pustoszeje w dużym stopniu. Zostajemy my i garstka Włochów. Za drzwiami świątyni słychać wystrzały z tłumików. Przed ołtarz wychodzi pan z dziwna opaską , mówi coś ,potem mówi Maślak. Niewiele rozumiemy, ale na wszelki wypadek bijemy brawo. Obdarowują się jakimiś upominkami. Jeszcze tylko zbiorowe fotki i suniemy do motocykli. Co za radość! Nikt nie podprowadził nam kasków! Motocykle przyozdobione biało - czerwonymi. Zbyszek w koszulce, którą dostał na rajdzie katyńskim. Podniosła atmosfera udziela się nam wszystkim. Proboszcz święci kolejno ruszające maszyny. Dostajemy święte obrazki i proporczyki zlotowe. Jedziemy! Powoli ,dostojnie, radosny nastrój na ulicach. Staramy się nie pogubić ,tak aby nasze motocykle jechały w jednej zwartej grupie. W tym zamieszaniu nie do końca nam się to jednak udaje. Włosi nas pozdrawiają ,my odwdzięczamy się klaksonami. Jestem dumny , że tu jestem , jestem dumny ,że jestem Polakiem!!!. Jakimiś uliczkami docieramy na miejsce. Corbola ,to małe miasteczko, ale motocykle przyjechały tu chyba z całych Włoch. Na miejscu jest poczęstunek . Oglądamy maszyny ,które przyjechały. Niektóre są dla nas zupełnie egzotyczne. Gilery, Ducatti i inne mniej znane marki. Ponownie zostajemy zaproszeni (cokolwiek to oznacza) do restauracji. Ogromna wyżerka, niektórzy żałują ,że nie znają miejscowych zwyczajów. Makaroni to przystawki, a prawdziwe "drugie" przynoszą dopiero na koniec. Po południu czas wolny dla kolonistów. Każdy robi co chce. Razem ze Zbyszkiem, Władkiem i Bogdanem ruszamy do miasta już bez motocykli , aby consumello miejscowe winne przysmaki. Ach ten Zbyszek nasz tradycyjny dobrodziej! Wieczorem zapada decyzja ,że zostajemy w Corboli jeszcze jeden dzień ,aby obejrzeć wyścigi minibike. Coś za coś . Na San Marino zostanie nam zdecydowanie mniej czasu.



Część V



6.05.2002 Dzień totalnej laby. Plan na dziś , to udział polskiej reprezentacji w bardzo poważnych zawodach minibike. Cuda na kiju! Takie motocykle widzę po raz pierwszy. Jak przystało na twardzieli - hardcorowców na zawody udajemy się motocyklami ( 500 m). Parkujemy obok parku maszynowego. Szok ze stresem. Te bolidy mają wielkość dwóch integralnych kasków. Trwa intensywne przygotowanie maszyn do wyścigu. Mechanicy razem z zawodnikami uwijają się jak w ukropie. Łysi noszą grubsze złote łańcuchy niż zestaw napędowy w tym motocyklu. Maszyny mają 25 ccm i podobno 12 KM. Odpala się je jak spalinową piłę łańcuchową. Brrrrrrrrrym i silniczek pracuje. Mam wrażenie ,że zabieramy im tlen stojąc nad głowami. Nagle zza lasu wielkoludów wychodzi kolega w wieku 3 lat. Dopiero teraz rozumiem. Te motocykle są zbudowane dla niego! Idealna pozycja, wzrost. Ale nie, coś nie tak. Spiker zapowiada biegi treningowe przed prawdziwym wyścigiem. Mały ginie gdzieś w objęciach mamy ,a boli-dków dosiadają prawdziwi, dorośli faceci! No może nie do końca. Farbowania włosów w pasemka i solarium mogli by sobie darować. Ale to w końcu nie mój biznes. Nie dosyć ,że te drągale siadają na nie, to jeszcze potrafią na tym grzać i to ostro. Nasz żartobliwy stosunek przeradza się w fascynację wyścigiem. Kochanie ten stosunek dotyczy wyścigów minibike - to do żony. Tor jest mały jak te motorki, ale na prostej faceci rozwijają zupełnie przyzwoite prędkości. Cholera toż to motocyklowa F1. Kto tego nie widział ,niech żałuje. Najlepsze są wywrotki i uślizgi. Gleby są chyba tak samo bolesne ,jak na prawdziwych wyścigach, ale tak starają się upadać ,aby moto podnieść nad sobą i nie uszkodzić. Zaczynają się prawdziwe wyścigi Corbola cup. Siedem okrążeń ,emocje sięgają zenitu, a tu mam cholera parcie na pęcherz. No nie! W takiej chwili! Pedałuje do gospody jedynego dostępnego nam klopa w mieście. Dziwny lokal?!? Po lewej sala telewizyjna , a tam mecz AC Milan i 50 Włochów. W środku V.Rossi i jego fani. Valentino w telewizorku oczywiście. Przebijam się przez tłum , a pod kibelkiem stoi carabinieri z maszynówka. O kurtka co jest?!? Ktoś wali, a on go pilnuje?!? Podchodzę bliżej a uzbrojony Italiano z groĽną miną stwierdza " toaletto ocupatione!" Nie dobrze myślę sobie. Wojna. Nie tak dawno mijaliśmy posągi Duce , może on żyje. Na szczęście to nie była prawda, a wg naszego włoskiego tłumacza takiego zwrotu się używa . Podobno jak się ma karabin ,to sikać się chce tak samo, ale nie wiem czy to prawda? Wracam zdecydowanie lżejszy na tor i oczom nie wierzę. Do mikrofonu dorwał się x Maślak i ..................Szkoda, że nie widzieliście min Włochów słuchających polskiego spikera. A mikrofon organizatorzy sami mu dali. Zawody dobiegają końca. Obdzielają się pucharami . I proszę mi nie mówić, że Włosi to gorący temperament. Polacco, tylko Polacco. Tak drzemy mordy, że spikera nie słychać. Organizatorzy wpadają na szalony pomysł. Po zakończeniu wyścigów Polacco mogą spróbować swoich sił na minibike razem z Italiano. Paweł Ace za duży, Chudzikiewicz za duży, ale Wojtala w sam raz. Może jeszcze ja i ten 3-latek to kumple co? Zaczynam powoli protestować " nie po to przejechałem 4 tyś km ,żeby teraz zabić się na takim gównie. O nie! Uprzejmie dziękuję ,ale chętnie popatrzę na tą masakrę, ale z boku. Chwila konsternacji i .................................do parkingu zbliża się proszę państwa Paweł ACE. Za nim podąża OldPiotr. Włosi zaczynają czuć mokro w gaciach ze strachu. Próby powstrzymania wielkoluda nie przynoszą rezultatów. Obaj chwytają motorki i biegną z nimi na linie startu. Włosi płaczą, dzwonią do matek, żon, kochanek i kochanków. Wszystko na nic! Polacco ustawiają się na linii startu. Niestety starter wolał się ewakuować. Chłopaki startują sami ,ale z motocyklami .........................................pod pachą. Jak dzieci, jak dzieci. Fajny dzień. 7.05.2002 Opuszczają nas Władek na żółtej Magnie, Jurek i Iwona na Varaderce. OldPiotr ma plan następujący: wrócić do Austrii, odebrać motocykl z naprawy i dogonić nas w Zadarze jadąc z drugiej strony Adriatyku przez Słowenię. Szkoda. Czy jeszcze kiedyś pojedziemy w takiej konstelacji. Koniec lenistwa. Ruszamy w kierunku Ancony. Mamy niestety tylko na chwile zajechać do San Marino i sunąć dalej. W planie na dziś jest jeszcze Loretto. O 22.00 mamy prom do Zadaru. Droga do San Marino byłaby nudna ,gdyby nie porąbany układ sygnalizacji świetlnej nad skrzyżowaniami. Czerwone wielkie lampy palą się cały czas, a pomiędzy zielone strzałki. Jak strzałka się pali, to oznacza sygnał zielony. Strzałka gaśnie czerwone. A to cholerne czerwone pali się non-stop. Łapię się parę razy ,zaczynam hamować,ale po chwili widzę, że szanowni koledzy napierają dalej. Nie chciałbym słyszeć co mówił sobie pod nosem x. Piotr, któremu parę razy stawałem dęba przed nosem. Jednym słowem "dupa i cycki" jak to niektórzy siarczyście przeklinają. Ale odcinek nie jest jak dotychczas zbyt ciekawy. Ostatnie tankowanie przed San Marino i zaczyna się niesamowity odcinek krętactwa na maxa. San Marino państwo-miasto, republika! Viva la Republica! Znowu nie wiem , gdzie patrzeć. Powinienem właściwie przed siebie, ale widoki zaczynają się niemożebne. Serpentynami wjeżdżamy do samego centrum. Parkujemy maszyny i czas wolny. Ruszam z Bogdanem Chudzikiewiczem (wielkie dzięki za super towarzystwo). Nie przekonują mnie argumenty stałych bywalców San Marino, że nie ma tu czego oglądać. Dla mnie to miasto ma jakąś magiczną moc i siłę. Gdybyście kazali mi wytłumaczyć dlaczego nie potrafiłbym powiedzieć, ale tak czuje. Kręte ,wspinające się wysoko pod górę wąskie uliczki, jakieś pałace republiki, wojsko wyglądające jak ołowiane żołnierzyki. Widziałem aż dwóch. Policjant ,czy żandarm z wyrazem twarzy "ojca chrzestnego". Kierował ruchem na ulicy na której co 10 min przejeżdżał samochód. I sklepy mocno przypominające nieistniejącą już dzielnicę portową Hamburga. Bywałem tam w latach 80-tych . Wspaniały polski żyd Moschkowitch i jego magazyny?!? Miasto zupełnie inne geograficznie ,a ja się czuję jakbym był w Hamburgu. Sklepikarze piękną polską mową zachęcają do zakupów. Brakuje tylko tabliczek "tanie paczki do Polski". Są za to inne "Najstarszy sklep złotniczy w San Marino. Miła obsługa po polsku" Znak czasów?!? Już nie dywany, proszki do prania, kawa i ryż. To se ne wrati! To dobrze, że już nie! Docieramy do punktu widokowego. Właściwie San Marino ,to jeden wielki punkt widokowy. Do tego wszystkiego jedynymi ludĽmi, którzy gdzieś się śpieszą jesteśmy my i turyści biegnący do autokarów. A może tu nikt nie mieszka?!? Im bliżej parkingów ,tym wyższe ceny w sklepach na te same produkty. Chyba jeszcze nigdy nie przeżyłem tak intensywnie tak krótkiego czasu. Mieliśmy chyba dwie godziny , a ja mam wrażenie jakbym był tam 15 min. W mojej świadomości to jedno z wielu miejsc podczas tej wyprawy, do których chciałbym jeszcze kiedyś wrócić. Do San Marino w pierwszej kolejności. Magiczny świat, magiczni ludzie. A może zupełnie normalny, a to my żyjemy w nienormalnym świecie. Nie chce tego wiedzieć!



Ps.

Ja chcę tam pojechać jeszcze w tym roku. Kto chętny?


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »






komentarze

Jeszcze nie ma komentarzy - dodaj swój używając linku Dodaj swój komentarz...



Strona 1 z 0 ( 0 komentarze )
©2006 MosCom

Aby dodać komentarz musisz się zalogować.
Valid XHTML & CSS - Theme by ah-68 - Copyright © 2003-2008 by Motocyklisci.Net

...